Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z Hellfest 2019

Przez lata Hellfest odbywający się w urokliwym francuskim Clisson, wyrósł na najlepszy chyba europejski festiwal metalowy. Przynajmniej, jeżeli mierzyć skalą zaproszonych zespołów, rozmachem, wielkością wydarzenia. Chociaż na słynny niemiecki Wacken Open Air przybywa podobna liczba widzów (w tym znacznie większa z Polski niż na francuską imprezę), to skład Hellfest ustalany jest według nieco innej formuły. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, niezależnie czy jest wielbicielem death czy black metalu, hardcore punka, grania klasycznie heavy metalowego czy stonera. Sześć scen, z których jednocześnie w bloku godzinowym grają trzy, dostarcza szerokiego spektrum muzycznych możliwości. Nic więc dziwnego, że Hellfest stał się wydarzeniem uwielbianym i co roku przyciągającym kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Nie inaczej było i tym razem, a to już czternasta edycja festiwalu. Nie obyło się bez kilku wtop, z czego najbardziej oczywista to zamieszanie wokół odwołanego koncertu Manowar, który rok temu był przecież anonsowany jako najważniejszy występ tegorocznej edycji. Z drugiej strony, dostaliśmy dodatkowy dzień festiwalu, czyli wspólną inicjatywę Hellfestu i zespołu Slipknot. Knotfest, bo taką nazwę przyjął ten, właściwie osobny festiwal, inkorporowany do składu wydarzenia, odbył się jeden dzień przed główną częścią eventu.

Knotfest
Jako pierwsi wystąpili Amerykanie z Sick Of It All, dając energetyczny koncert w środku dnia, w pełnym słońcu. Nie są to może idealne warunki do grania, ale ta klasyczna już ekipa podjęła wyzwanie w pełnej zbroi. Doskonały koncert, który może nie przejdzie do historii jako najbardziej pamiętny występ festiwalu, ale był kawałek solidnego kopa.

Następni w kolejce Niemcy z Amaranthe. Robi się zamieszanie wokół tego zespołu, zdaje się, że w swoim macierzystym kraju są już całkiem sporą nazwą. Na żywo jednak ta mieszanka pop rock i metalu nie wypadła specjalnie przekonywująco. Odniosłem wrażenie, że jest to produkt powstały trochę dla żartu, a trochę dla kapitalizacji mody na takie przebierane sensacje, jaka ewidentnie od kilku lat istnieje. Jedna motywacją z drugą się nie wyklucza (podobnie jak to, że zupełnie mylę się w subiektywnej ocenie), ale Amaranthe na pewno nie będzie zespołem, do którego śledzenia kariery będę czuł się zobowiązany.

Co innego Ministry. Al jest gościem o bardzo charakterystycznej opinii, trudnym we współpracy, zmagającymi się z personalnymi demonami. Jakiś czas temu zawiesił działanie zespołu. Co to byłaby za strata, jakby się tej decyzji trzymał! Ministry dali porywający koncert, oparty głównie o starszy materiał. Metal industrialny, jeżeli tak określić muzykę Amerykanów, brzmi czasami zbyt mechanicznie i sterylnie, choć można powiedzieć, że taka powinna być specyfika tej muzyki. Tym bardziej doceniam to jak zabrzmieć Ministry, ze swoim soczystym i wściekłym brzmieniem. Widziałem ich pierwszy raz i na pewno nie ostatni.

Behemoth to klasa sama w sobie od wielu lat. Można utyskiwać na skalę w jakiej operuje obecnie ten zespołu, niektórzy wytykają Nergalowi kompromisy muzyczne, które jakoby miałyby się stać jego udziałem (do mnie ten argument nie trafia). Wreszcie, parcie na szkło powodujące, że Adam wyskakuje już właściwie z każdej lodówki. Nie sposób jednak zignorować potęgi i wizualnego charakteru, z jakim grupa się prezentuje na żywo. Z okazji wydania nowej płyty show zostało trochę odmienione. Oczywiście, jest mnóstwo ognia i religijnie inklinacje. Behemoth to wysoka jakość, na którą spokojnie można postawić. Nawet, jeżeli prawdziwą ekscytację grupa wzbudzała raczej kilka ładnych lat temu.

Szwedzki Amon Amarth wyrasta w ostatnich latach na mega gwiazdę, z widowiskowymi wizualnie koncertami, nośnymi i przebojowymi utworami, które nadają się do śpiewania przez stadionową w zamierzeniu publiczność. Nic dziwnego więc, że koncert dostarczył doskonałej zabawy, wszystko zgadzało się tam od pierwszego do ostatniego utworu. Wznoszenie toastów z rogu (chyba pustego, ale co tam) z tradycyjnym szwedzkim “skol”. Mnóstwo ognia i podniosłych melodii, mających kojarzyć się z popularnym wyobrażeniem na temat Wikingów. Mieli nawet na scenie wojowników udających potyczkę na miecze. Rozrywkowy teatr, który potrafi porwać publiczność.

Gwiazdą pierwszego dnia był Slipknot, którzy zaprezentowali się w nowych maskach (czytając komentarze przez aktualnymi koncertami grupy, to ważna informacja). Corey jest charyzmatycznym frontmanem, a na koncertach Amerykanów dzieje się wiele. Może nawet zbyt wiele, bo jak wytłumaczyć obecność na scenie kolesi odkładających kijami bejsbolowymi wielkie beczki po ropie, trudno wytłumaczyć kategoriami innymi niż widowiskowości. Usłyszeliśmy też kilka kawałków ze zbliżającej się płyty “We Are Not Your Kind”. Analizując kolejne albumy grupy, wyraźnie czuć odejście od ekstremalnego grania do kierunku bardziej nośnych melodii. Tak też brzmiały te nowe kawałki.

Sabaton są dziś królami europejskiego metalu, mowa oczywiście o wynikach sprzedaży i atencji na koncertach. Zresztą, powody by nazwać ich tak, korzystając z niepisanego określenia innej grupy, o której mowa będzie za chwilą, było więcej. Ogromne widowisko z człogami na scenie, inspirowane tematyką I Wojny Światowej, czyli zgodne z tym, o czym opowiada ostatni album grupy. Cóż, zespół nie musi odpowiadać mojej estetycy by docenić jego profesjonalizm. Czy nam się to podoba czy nie, to grupy takie jak Sabaton czy Amon Amarth za kilka lat mogą wskoczyć na miejsce Iron Maiden, Judas Priest czy innych klasyków wypełniających wyprzedane koncerty w dużych salach. Cały czas mam na myśli wymiar sprzedażowy oczywiście. Kwestia oceniania muzyki jest już związana z indywidualnymi preferencjami.

Dzień drugi przywitał bardzo wysokimi temperaturami. W przeciwieństwie do legendarnej już deszczowej pogody, jaka panuje podczas większość edycji Wacken Open Air, francuski festiwal znany jest z wręcz przeciwnej pogody. Upały często towarzyszą tej imprezie, a tegoroczne były wręcz rekordowe.

Pierwszym zespołem tego dnia była dla mnie kolejna “zabawowa” kapela, czyli Gloryhammer. Przyjmują się tak stylistycznie przegięte twory aż się patrzy. Na scenie wyglądają jak superbohaterowie z filmowych ekranizacji komiksów, a muzyka to skoczny i zaprawiony popową przebojowością power metal. Element rozrywkowy oczywiście robi wrażenie, jednak coś takiego bardzo szybko się nudzi i nie zachęca do powtórki doświadczenia.

Amerykanów z UADA widziałem przed Tribulation w marcu w Poznaniu. Już wtedy ich atmosferyczny black metal zrobił na mnie dobre wrażenie. Nie jest to muzyka wyważająca jakieś drzwi ale chyba nie o to im chodzi. Ważne, że potrafią stworzyć sugestywnie złowieszczą atmosferę nawet w słoneczne południe.

Powrót Daughters był sensacją zeszłego roku. Obecnie grupa jest w trasie (w Polsce można zobaczyć na OFF Festivalu) i zdecydowanie warto na ich występ się wybrać. Pamiętam jak przed laty szokujące wrażenie zrobił na mnie pierwszy doświadczony koncert The Dillinger Escape Plan. Daughters przypomnieli mi to poczucie zagrożenie, szaleństwa i niezrozumienia co dokładnie dzieje się na scenie. Głównie za sprawą wokalisty, którego zachowanie na scenie wskazuje na obłąkanie i brak jakichkolwiek granic. Pluł na siebie, biczował się, zaskakiwał ze sceny w tłum publiczności. Nie zdziwiłbym się, jakby w przyszłości zrobił sobie krzywdę w sposób wykraczający poza kontrolowaną sytuację wykonawczą. Nie chciałbym jednak, aby ekscesy przesłoniły wartości muzyczne. Koncert Amerykanów to szaleństwo, któremu nie brakuje jednak satysfakcjonującej jakości.

Godsmack to też sprawdzona ekipa, którą zresztą widziałem podczas jednej z poprzednich edycji Hellfestu. Nowoczesny, przebojowy hard rock zagrany z radością i energią. W sumie tyle i aż tyle.

Czekałem na koncert Demons & Wizards właściwie od pierwszej płyty tej grupy. Wcześniej nie było okazji gdyż, jak wiadomo, jest to tylko projekt poboczny dla wokalisty Blind Guardian i gitarzysty Iced Earth. Zresztą, na scenie mieliśmy do czynienia z połączeniem tych dwóch zespołów również jeżeli chodzi o pozostałych jej członków. Zaczęli mocno, od pierwszego kawałka z debiutanckiego albumu. Mimo że występ w środku dnia trochę odjął atmosfery koncertu, a drugi gitarzysta miał na początku problemy techniczne, był do jak do tej pory jeden z lepszych występów całego festiwalu. Konkretnie, przebojowo ale i momentami z mrocznym nastrojem.

Szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o Dream Theater. Nie wiem co się stało z tym niegdyś wspaniałym zespołem, ale ich występ na festiwalu to kolejny już słaby koncert w ich wykonaniu jaki widziałem. Brak energii, słabe brzmienie, bez polotu, mechanicznie odegrany set. Nie pomagają nowe kawałki, którym brakuje tego czegoś, co miało wiele starego materiału. Jedyny w miarę dobry moment koncertu to “Under Peruvian Skies”.

Triumph Of Death Plays Hellhammer. W ten sposób anonsowany był tymczasowy projekt Toma Gabriela Warriora, który skupić się miał na ogrywaniu wiadomego materiału. Dla uproszczenia nazywajmy ich po prostu Hellhammer. Muszę przyznać, że koncert miał w sobie miażdżącą, porywającą siłę. Jednocześnie, ten najwcześniejszy materiał Toma, zabrzmiał dość nowocześnie – współcześni muzycy grali go w sposób, w którym nie czuć było żadnego retro klimatu. Do tego Tom uśmiechnięty od ucha do ucha – nie widziałem go w tak dobrym humorze na żadnym występie Triptykon, nie wspominając o Celtic Frost przed laty.

Gojira, największa obecnie gwiazda francuskiego metal, dała ogromny i porywający koncert na własnej ziemi. Wielka scena, z dwoma poziomami oraz ogromnymi telebimami a także potężne brzmienie. Jeżeli ktoś jeszcze nie przekonał się do tego zespołu, zachęcam do wybrania się na koncert przy najbliższej okazji. Perfekcja, potężne riffy a nad tym ta dojmująca, podniosła atmosfera uczestnictwa w czymś niezwykłym. Doskonały zespół na żywo.

Koncert Kinga Diamonda widziałem w drugiej połowie, gdyż nachodził nań koncert wspomnianych wyżej Francuzów. Uwagę zwróciła nowa, świetnie wyglądające scena – złowieszcze domiszcze, choć elementy teatralne show zostały właściwie te same od lat. Zespół zabrzmiał mocno, momentami brutalnie, dźwięk wydał się trochę nieokrzesany. Nie wiem czy było to zamierzone, czy po prostu urok pierwszego koncertu na trasie, ale wielowątkowej muzyki Kinga dodało to ciekawej atmosfery. Poleciał też jeden nowy kawałek z albumu, który zapowiadany jest na przyszły rok.

Końcówką był dla mnie kop sprzedany przez stonerowców z Fu Manchu. Duszne, pustynne brzmienie tak lubiane w tym stylu. Gdzieś tam pobrzmiewają echa Led Zeppelin i Black Sabbath, ale podlane wysokooktanowym paliwem. Udany koncert.

Wspomniałem już, że zespół Manowar odnalazł się w skandalizującym odwołaniu ich koncertu. Organizatorzy szybko znaleźli zastępstwo w … Sabaton, którzy dali wobec tego drugi koncert w ramach festiwalu. Joacim niedomagał wokalnie, o czym wiadomo było już wcześniej, więc zastępowali go inni członkowie zespołu. Ciekawostką była biesiada odbywająca się na scenie w trakcie koncertu, podczas której Joacim i członkowie ekipy technicznej zajadali się szwedzkimi klopsikami i popijali je piwem. Możecie więc wyobrazić sobie, jak luźna atmosfera panowała podczas tego występu. Nie zmyło to niesmaku po odwołaniu koncertu Amerykanów, na który przyjechało przecież mnóstwo ludzi z całego świata. Powiedzmy, że w jakiś sposób osłodziło to całą sytuację.

Dzień trzeci zaczął się dla mnie od koncertu Whitesnake. Dziwię się, że dopiero teraz miałem okazję zobaczyć ten zespół. Tym bardziej się dziwię, że kiedyś byłem wielkim fanem Davida Coverdale’a. Set był krótki, ale treściwy. Raptem kilka nowych kawałków i klasyka, na której wychowało się niejedno pokolenie fanów rocka z, hehe, pazurem. Można pośmieszkować z seksistowskich tekstów wokalisty, ale nie da się zaprzeczyć – tam muzyka solidnie buja i mało kto dziś tak gra.


Zapowiedź powrotu Candlemass z Johanem Längqvistem przyjąłem z rezerwą. Wszak jestem wielbicielem talentu Matsa Levéna. Jednak nowy album grupy stanowi jedną z najlepszych pozycji w ich dyskografii, co być może zaskoczyło i sam zespół. Koncert Szwedów był prawdziwą potęgą. Zaczynając od wyglądu – prezentowali się dostojnie a zarazem witalnie. Johan na scenie jest charyzmatyczny i obdarzony niesamowitą energią. Brzmienie ciężkie i jednocześnie klarowne. W dodatku z samego grania biło takie zadowolenie muzyków, jakby przez lata tułaczki wreszcie trafili do rodzinnego domu i chcieli się odwdzięczyć za pamięć. Wspaniały występ, zdecydowanie jeden z najlepszych na festiwalu. Candlemass to koncertowy mus, koniecznie trzeba zobaczyć gdy pojawią się w pobliżu.

Zupełnie nie wiedziałem czego spodziewać się po Def Leppard. Cieszyło mnie, że grupa postanowiła solidnie reprezentować album “Hysteria” w secie tegorocznych koncertów. Uważam, że to ich najlepsza płyta, przyznam, że jakoś nigdy nie zachwycałam się ich bardziej heavy metalowym debiutem. Brakuje mu witalności i ciężaru Iron Maiden, Angel Witch czy Diamond Head. Natomiast w eksploracji rejonu popowego hard rocka Def Leppard byli niezastąpieni, czego wspomniana “Hysteria” jest najlepszym przykładem. Krótkie intro, już są na scenie i pierwszy numer – witalność od samego początku. Widać i słychać było niesamowitą pewność siebie wszystkich muzyków, także ich ogranie i lekkość z jaką produkują z siebie kolejne dźwięki. Z wypiekami na twarzy obserwowało się zwłaszcza gitarzystów – Vivan Campbell i Phil Collen udowodnili, że są duetem, który spokojnie może zbić piątkę z panami Downing / Tipton czy Murray / Smith. Entuzjazm i radość, te słowa cały czas dźwięczały mi w głowie podczas doświadczania tego koncertu. Podobnie jak z Candlemass, musowo do zobaczenia kolejnym razem.

Następnie ZZ Top, którzy zabrzmieli rasowo – mocno i ze swoją swingująca przebojowością. To niesamowite z jaką przychylnością zostali podjęci przez tłumnie zgromadzoną pod sceną publiczność. Żałuję, że nie mogłem zobaczyć całego koncertu – to był ten moment owego dnia, w którym należało zaznać chwili odpoczynku. Zadziałało tu prawo serii, bo jestem pewien, że to kolejny zespół, których chętnie zobaczę przy najbliższej okazji znowu.

Kiss to legenda i występ był na miarę legendarnego cyrku. Takiego, który, jeśli bym tylko miał 15 lat, oglądałbym z mieszaniną fascynacji i przerażenia. Jasnym jest, że to od tego zespołu zaczęły się rockowe i metalowe spektakle, w których nacisk położony jest na widowiskowość, przebieranie, te wszystkie elementy “more-than-life”, które doskonale znamy z muzycznego świata. Świetna setlista, w całości złożona z hitów (można ich mieć tak wiele?). Wykonawczo bez żadnych zastrzeżeń, choć słyszałem potem komentarze, że Paul Stanley nie śpiewa już raczej na żywo. Przyznam, że nie zwróciłem uwagi na ewentualny playback. Widowiskowo to pierwsza klasa i chyba dziś jedynie Rammstein mógłby się równać w tej kategorii. Nie chcę się powtarzać, ale tak, tego zespół też chętnie zobaczę po raz kolejny.

Uwielbiam Architects. Koncert z początku 2014 roku z Krakowa będę pamiętał długo. Może powinienem powiedzieć jednak, że uwielbiałem Architects, bo po śmierci Toma Snerle’a grupa ta nie może trafić na właściwe tory. Dwie płyty nagrane bez jego udziału nie wzruszają mnie. Z tym większym niepokojem czekałem na kolejną konfrontację z grupą na żywo. Niestety, według mnie wrócili na tarczy. Zatraciła się gdzieś dawna przebojowość łączona z podniosłą atmosferą tych metalcorowych kawałków. Mam wrażenie, że teraz Architects próbują brzmieć potężniej, pozornie w pełniejszy sposób (co korelowało z show z ogromnymi telebimami, jakby przygotowywali się do wejścia w ligę zespołów stadionowych), ale szybko okazało się, że to raczej pierdnięcie niż potężny wybuch emocji. Wokalista Sam Carter wyskoczył na scenę w modnej wśród korporacyjnej klasy średniej niebieskiej marynarce i nie wiem, czy ten stylizowany na pracownika londyńskiego City strój miał być manifestacją sprzeciwu wobec konsumpcyjnej machiny (to sugerowałyby wykrzyczane przemowy pomiędzy utworami), czy jakieś wewnętrznie sprzeczne wobec niej zaloty. Pal licho wizerunek, brzmieniowo również było cienko – całość brzmiała syntetycznie, gitary grzeczne i schowane w miksie. Być może to kwestia sceny Mainstage 2, na której brzmienie koncertów wielu zespołów pozostawiało do życzenia, ale nie wiem, czy Architects aby dziś po prostu tak nie grają. Rozczarowanie.

Początek dnia czwartek upłynął pod znakiem kobiet i jednych z najlepszych koncertów festiwalu. Na początek Gold z fantastyczną Mileną za mikrofonem. Ostatni album “Why Aren’t You Laughing” oczarował mnie. Tym bardziej się cieszę, że grupa na koncercie brzmi dużo lepiej niż w nagraniach studyjnych. Delikatność zastąpiona jest potężną sieką a Milena jest na scenie charyzmatyczna i … dziwna zarazem, w swoich jakby niepewnych siebie zachowaniach. Mimo wczesnej godziny (występ odbył się mocno przed południem), publiczność dopisała. Świetny koncert.

Brutus też byli małą sensacją wydawniczą tego roku. Występ na scenie punkowej nie zachwycił mnie może tak bardzo jak wspomnianych wcześniej Gold, ale ten post punk z elementami hardcore i shoegaze miał swój niesamowity klimat. Śpiewająca i jednocześnie grająca na bębnach Stefanie jest naprawdę urocza.

Trzecia kobieta śpiewa we włoskim Messa. Widziałem ich na Into The Abyss we Wrocławiu i był to jeden z najlepszych koncertów tego festiwalu. Na Hellfeście jednakże wydawali się trochę przygaszeni, jakby bez energii. Może zmęczeni trasą koncertową? Może po prostu to nie był ich dzień i przyznam, że koncert leciał raczej bez większej ekscytacji.

Czas przenieść się na główne sceny, a tam w najlepsze, w najbardziej piekącym słońcu popalić daje Clutch. Uwielbiam ich połączenie hard rocka i metalu z bluesowym klimatem. Dodam tylko, ze grupa świetnie sprawdza się w warunkach festiwalowych (widziałem kiedyś na OFF Festivalu), nie inaczej było i tym razem. Może nie było tłumów (jak na główną scenę), ale ci co przyszli bawili się przednio.

Do Testament mam pecha – widziałem trzy razy i zawsze można było przyczepić się do brzmienia. Nie inaczej było i tym razem. Niektórych kawałków nie byłem w stanie poznać. Nie rozumiem, jak tak utytułowany zespół może położyć koncert słabym dźwiękiem. Może po prostu mają do tego pecha.

Lynyrd Skynyrd nie jest zespołem, który pierwszy przyszedłby wam do głowy, jeżeli chodzi o występ na metalowym festiwalu, prawda? Jednak Hellfest rządzi się własnymi prawami i otwartość na różne muzyczne ciekawostki jest jego znakiem firmowych. Amerykanie dali rasowy koncert, w którym blues przenikał się z amerykańskim folkiem i country. W tych dźwiękach słychać było zawodowstwo i radość z niewymuszonego grania. Czapki z głów, koniecznie trzeba zobaczyć.

Lamb Of God przed Slayerem w Łodzi nie zrobili na mnie wrażenia. Tym razem było zupełnie inaczej! Świetne, mocne brzmienie, duża energia i porywające swoją bezpretensjonalnością granie. Rozpędzona maszyna, której nie sposób zatrzymać.

Nie mogę powiedzieć, bym specjalnie wyczekiwał koncertu Slasha. Nigdy nie byłem fanem Gunsów a i solowe albumy gitarzysty (oraz te wydawane pod inną egidą), choć podobały się, nie powodowały we mnie zachwytów. Jednak występ festiwalowy był naprawdę udany. Hard rock w wykonaniu The Conspirators brzmiał lekko i odpowiednio nośnie. Slash na gitarze wyczyniał cuda. Zespół sprawiał wrażenie, że bawi się doskonale. To samo publiczność.

Slayer, jak wszyscy wiedzą, żegna się z publicznością. Jeżeli miał to być ostatni koncert na francuskiej ziemi to chyba jednak zostawił rozczarowanie. Pierwsza połowa to absolutna petarda, dzięki której, mimo zmęczenia czułem ekscytację. Im bliżej końca jednak, tym większe znużenie wdawało się w te dźwięki. Nie tak to sobie wyobrażałem.

Przyszła kolej na ostatnią gwiazdę festiwalu – powracający z niebytu Tool. Miałem przyjemność widzieć ich na początku czerwca w Pradze i był to znakomity kocnert, tak wizualnie muzycznie. W Francji wypadli tak o pół gwiazdki słabiej. Może Maynard był nieco bardziej zrelaksowany, jednak warunki festiwalowe wymusiły pewne ograniczenia wizualiów scenicznych, co w przypadku tego zespołu jednak było niedostatkiem. Muzycznie trudno było się do czegoś przyczepić, jednak z drugiej strony, równie trudno było się zachwycić.

Kolejna edycja festiwalu za nami. Powtórzę, że uważam Hellfest za najlepszą imprezę tego typu w Europie. Doskonały skład, mili ludzie, piękna okolica (koniecznie trzeba zwiedzić Clisson) powodują, że chce się tam wracać i na kolejne odsłony. Zatem, tà plus tard!

Tekst i foto: Igor Waniurski