Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Behemoth – The Satanist

Behemoth-TheSatanistNieczęsto polski album okazuje się jednym z najbardziej oczekiwanych nie tylko w kraju, ale i za granicą. A fakt, że przyjął się znakomicie i spotkał się z pozytywną krytyką, cieszy jeszcze bardziej. Polska scena metalowa już od kilku lat obfituje w kapele światowego formatu, a dobrych zespołów wciąż przybywa. Warto wspomnieć choćby o ubiegłorocznych Blindead, Mgle czy jeszcze świeżym Kriegsmaschine. W internecie coraz częściej można spotkać się z zachwytami nad rodzimymi zespołami, przy czym internauci pomijają w zestawieniach grupy zagraniczne o zdecydowanie większym doświadczeniu scenicznym i studyjnym. Do wspomnianej krajowej tudzież światowej czołówki ekstremalnej należy właśnie Behemoth, którego to nowy album ukazał się po pięciu latach od ostatnio wydanego Evangelion.

Osobiście nie należę do ogromnych sympatyków grupy, choć wiele z płyt Darskiego i spółki raz na jakiś czas zagoszczą w moim odtwarzaczu. Przed premierą krążka nie słyszałem żadnego z singli, starałem się omijać informacje związane z The Satanist, bo Nergala w mediach nie tylko ja mam dosyć… A mówiąc poważnie, po prostu chcę być jak najbardziej obiektywny i nie wiązać recenzji z tym, co wyczytałem na temat płyty w innych źródłach, które na ogół wróżą jej tytuł najlepszej ekstremy w 2014 r.

Pierwszy w kolejności Blow your trumpets Gabriel pozytywnie zaskakuje patetyczną formą i klimatem. Choć można zauważyć podobieństwo do Evangelion, tak ten muzyczny eksperyment udał się Nergalowi. Motyw z solówką dobrze łączy zmianę tempa na szybkie, przez co wraz z końcem kawałka oczekuje się czegoś mocniejszego. Drugi Furor Divinus głównym riffem przypomina stylistykę Zos Kia Cultus, czyli w mniejszym/większym stopniu klasykę gatunku- Morbid Angel. Nergal nie ukrywa swoich inspiracji tym zespołem, więc przyznajmy, że grzech ten zostanie mu wybaczony. Messe Noire i kawałek tytułowy są moimi ulubionymi na albumie. Gitary skomponowano tu w zupełnie inny sposób, odbiegają trochę od dotychczasowego stylu Behemoth. Te powolne pasaże dobrze komponują się z całą resztą, a nagłe przyśpieszenia potrafią wbić w fotel/krzesło/łóżko czy taboret. Na The Satanist pojawia się też polski akcent językowy, recytowany jest fragment Ślubów Gombrowicza. Ten pomysł sprawdził się lepiej na poprzednim wydawnictwie w utworze Lucifer. Skoro mowa o innowacjach to warto nadmienić gitarowe solówki. Wspomniałem wcześniej tylko o jednej z albumowego otwieracza, ale na uwagę zasługuje większość z nich. Nie brzmią one standardowo dla black/death metalu, nie opierają się jedynie na szybkości.

Ogólnie cała płyta broni się dużą ilością naprawdę chwytliwych momentów. Darskiemu udało się wpleść do stylu grupy ogrom melodii, przy czym nie gryzie się to z ekstremą. Czasami brakowało mi większej ilości szybkich motywów, momentami niektóre utwory nieco się dłużą. The Satanist wypada pozytywnie, ale na dłuższą metę zwyczajnie nuży. Jednak dawkowana regularnie z pewnością może stać się jedną z najczęściej słuchanych płyt Behemoth. A nawiązując do prędkiego stawiania albumu na tegorocznym podium ekstremy to jednak lepiej wstrzymać się z oceną. Leci drugi miesiąc, poza tym The Satanist jest dość wtórny, mimo że broni go ogrom świetnych motywów i pomysłów.

Krystian Łuczyński

Like this Article? Share it!

About The Author