Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Therion w klubie Kwadrat, Kraków, 29.01.2016 r.

Czy tego chcecie czy nie, Therion jest legendą szwedzkiej sceny metalowej. Początki grupy, która grała niegdyś death metal, otoczone są kultem. Jednak to od przełomowej, może nieco archaicznie dziś brzmiącej płyty “Theli” zaczęła się ewolucja grupy w nowatorskim kierunku. Tak, to wtedy powstał metal symfoniczny, który okupuje obecnie gatunkowe listy sprzedaży.

DSC_0026

Nightwish, Within Temptation i tym podobne grupy zaciągnęły u Christophera Johnssona, lidera szwedzkiej orkiestry, spory dług wdzięczności. Co więcej, komercyjnie radzą sobie dziś znacznie lepiej niż bohaterowie niniejszego tekstu, więc mieliby z czego ten dług spłacić. Jakby się do tego poczuwali.

Tym jednak co odróżnia Theriona od utalentowanych i kreatywnych, ale jednak epigonów, jest atmosfera tajemnicy i dostępu do arkanów ezoteryki, jakiej pełne są dźwięki i teksty zespołu (jeśli nie znacie, to sprawdźcie albumy “Secret of the Runes” albo “Gothic Kabnalah”). To twórczość pozbawiona zbędnych słodkości.

DSC_0029

Krótko mówiąc, Szwedów można nie lubić, ale trudno ignorować ich muzykę i jej wpływ na powstanie całego podgatunku w heavy metalu.

Występy Theriona na żywo, to już zupełnie inna historia. Będąc świadkiem ósmego już koncertu grupy ręczę, że nie podobać to się może tylko największemu malkontentowi albo hipsterowi, z pasją opowiadającemu, że kolejne znalezione na Soundcloud wydawnictwo mp3 z dark ambientem, jest objawieniem na miarę The Beatles. Therion potrafi idealnie wyważyć proporcje pomiędzy klasyczną subtelnością, reprezentowaną przez operowoe partie wokalne i elementy gry aktorskiej, a metalowym uderzeniem.

 

Na początku usłyszeliśmy mocny wybór kawałków ze świetnego albumu “Secret of the Runes”, będącego dla wielu opus magnum grupy. Potężny i majestatyczny “Ginnungagap” wbił w glebę. Brzmienie dobre, w miarę selektywne, co w klubie Kwadrat normą nie jest. Na niezbyt dużej scenie siedem osób, w tym wokaliści: Thomas Vikström ze swoją córką Linneą (głos “rockowy) oraz debiutującą w tej roli włoszka Chiara Malvestiti (sopran). Oczywiście wszyscy w strojach łączących styl wiktoriański z odjechanym steam punkiem. Po otwarciu w programie mieliśmy “Schwarzalbenheim”, “Nifelheim”, “Vanaheim”, wszystkie w imponujących wersjach; po raz pierwszy przestałem odczuwać brak braci Niemann i innych członków mojego ulubionego składu grupy, przypadającego na(lata 1999 – 2008.

Od kilku lat artyści występują w podobnej formule, która zakłada brak jednego frontmana, trójka solistów dzieli się rolą między sobą. Jest między nimi chemia, jakiej potrzebuje spektakl, ale należy zaznaczyć, że aż tak przekonująca, jak w okresie, gdy mikrofon dzierżyli Snowy Shaw, Mats Levén, Katarina Lilja i Lori Lewis. Część historii Theriona podsumowana albumem “Gothic Kabbalah” jest już jednak skończona i nie zanosi się powrót dawnych kompanów. Proszę nie zrozumieć mnie źle, obecnemu wcieleniu grupy nic nie brakuje, po prostu do poprzedniego mam większy sentyment.

Przez dwie godziny koncertu zespół zaprezentował swoiste best of, sięgnęli nawet po utwory wykonywane bardzo rzadko lub wręcz nigdy wcześniej, jak “Black Fairy” i “Melek Taus”. Zwłaszcza ten pierwszy wypadł porywająco i dziwne, że Chris był zawsze przeciwny włączaniu go do reprtuaru grupy. Mocno reprezentowana była również klasyczna już płyta “Theli”, cieszły także perełki w postaci rozmarzonego “Son of the Staves of Time”, fragmentów  “Draconian Trilogy” czy “Beauty in Black”. Temperatura koncertu podnosiła się z kawałka na kawałek. Dosłownie, bo w klubie panowało chyba z 50 stopni, trudno byłoby wytrzymać w pierwszych rzędach, bez sześciopaków wody mineralnej, jakie co jakiś czasu rzucali w publikę członkowie zespołu i obsługi sceny. Wysoka temperatura nie niewlowała ogromnej radości, jaka dosłownie przez cały koncert udzielała się zarówno artystom jak i publiczności. Występy Theriona mają charakter misteriów wzbudzających silne emocje. Nie inaczej było i tym razem.

DSC_0070

Therion udowodnił, że mimo pewnego spadku popularności w porównaniu z okresem chociażby sprzed dekady, na żywo nadal jest jedną z najlepszych propozycji w muzyce rockowej i metalowej. Szkoda, że wydawnictwa płytowe dostarczane są nam nieregularnie (na trasie zespół sprzedawał epkę z odrzutami z sesji do, zawierającego przeróbki francuskich szansonów albumu “Les Fleurs du Mal”). Być może opera, nad którą grupa pracuje od kilku lat, a nagranie której ma się odbyć w drugiej połowie roku, wynagrodzi tę przerwę.

W roli głównego supportu wystąpił projekt poboczny Chrisa, grający occult rocka Luciferian Light Orchestra. Dobry, zapadający w pamięć występ, zwłaszcza dzięki demonicznej wokalistce Mari Paul (gościnnie wystąpiła też z Therionem w “Mon amour, mon ami”). Z kronikarskiego obowiązku, w pozostałych rolach wystąpiły chiński Ego Fall oraz rosyjska kopia gwiazdy wieczory, Imperial Age.

tekst i foto: Igor Waniurski