Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Testament, Annihilator, Death Angel, Wrocław, 17.11.2017, A2

Kiedy w 2010 roku odbyły się pierwsze koncerty tzw. wielkiej czwórki klasyków thrash metalu, dodajmy, niezwykle udane i przyciągające rzesze publiczności, można było się spodziewać, że pobudzi to pomysły na organizację tras większej ilości kapel pod podobnym kluczem. Od początku zresztą pojawiały się pytania: gdzie Exodus, Overkill czy właśnie Testament, grupy o dorobku nie słabszym od okupującej szczyty czwórki, choć którym nigdy nie było dane zaznać takiego sukcesu komercyjnego. Ty bardziej ucieszyła mnie wiadomość o wspólnych występach wspomnianych Testament w towarzystwie uwielbianego niegdyś przeze mnie Annihilatora i Death Angel. Widać, nie ja jeden czułem podobną ekscytację, bo oba organizowane przez Knock Out Productions polskie występy okazały się wyprzedane.

Szczęśliwie, okazały się też bardzo dobre, czego przedsmak zapewnił doskonały występ otwierających wieczór Death Angel. Wrocławski klub A2 jeszcze nie był wtedy nabity (zmieniło się to pod koniec występu drugiej kapeli), ale i tak liczba przybyłych fanów robiła wrażenie. Jeszcze większe zrobił koncert, z niezmordowanym Markiem Oseguedą wierzgającym po całej scenie, jakby dopiero obchodził dwudzieste piąte urodziny. DA gnali ostro do przodu, niemal bez trzymanki, co przecież powinno być i jest esencją tego typu metalu. Momentami opad szczęki był gwarantowany, tym bardziej, że był to mój pierwszy występ Death Angel. Szkoda tylko, że grali dość krótko.

Wiele oczekiwałem po występie Kanadyjczyków z Annihilator. Przed laty wprost uwielbiałem tę kapelę, zwłaszcza kilka pierwszych albumów, z przełomowym debiutem „Alice In Hell” na czele. Chyba nikt inny na thrash metalowym poletku nie łączył tak zręcznie porywających metalowych riffów, niemal punkowego brudy z inspirowanymi rockiem progresywnym aranżacjami i psychodelicznym, odjechanym klimatem. Jeżeli ktoś jeszcze nie zna tego zespołu, to trzy pierwsze albumy, jakże od siebie różne, polecam w ciemno (w kolejności chronologicznej). Kilka późniejszych zresztą też. Niestety, od kilkunastu lat, po wielu zmianach składu, jedynie z Jeffem Watersem jako stałym członkiem zespołu, Annihilator zmienił się w sprawną maszynę do produkowania przyzwoitych i równych, ale kompletnie pozbawionych natchnionego pierwiastka albumów. Kilka ostatnich słuchałem już tylko wyrywkowo i nic na niebie i ziemi nie wskazuje na to, by z „For the Demented”, najnowszym produktem grupy było inaczej. Gdy widziałem ich na festiwalu Hellfest w 2014 roku, to też do orgazmu było daleko. Na szczęście wrocławski koncert był dużo lepszy, a momentami nawet bardzo satysfakcjonujący. Przede wszystkim mieli najlepsze brzmienie tego wieczoru, ciężkie i selektywne, gdzie można było usłyszeć każdy niuans doskonałej gitarowej roboty Watersa i drugiego gitarzysty Aarona Homma. Jeff wrócił do śpiewania, co wyszło tylko na dobre, w końcu to jego kapela i miejsce za mikrofonem wydaje się dla niego naturalne. Choć miał w składzie dużo lepszych wokalistów, to jego szorstki i trochę wściekły głos doskonale komponuje się z muzyką. Dodatkowo, że jest niezłym koncertowym zwierzęciem, które, gdy nie śpiewa, w miejscu nie ustoi, to energia ta była dla publiczności zaraźliwa. Usłyszeć takie hity jak „Phantasmagoria”, „Alice In Hell”, Set the World On Fire” czy zagrane na bis z wokalnym udziałem publiczności „W.T.Y.D” było bezcenne. Szkoda tylko, że wielkość tych klasycznych numerów obnażała miałkość dokonań z ostatnich płyt, które wypadły tak przeciętnie, że chwilę po koncercie nie potrafiłem przywołać żadnego riffu czy melodii. Dlatego, mimo dobrego koncertu, Annihilator potwierdził od lat stawianą diagnozę. To zespół zmarnowanej szansy, mógłby dziś mieć pozycję Testamentu albo i większych kolegów, gdyby potrafił zachować równy poziom, nie tylko na kilku pierwszych płytach.

Testament zaprezentowali się jak na gwiazdy wieczoru przystało. Przez chwilę wydawało mi się, że oglądam jakiś koncert Iron Maiden z lat osiemdziesiątych, tylko w mniejszej skali. Doskonałe światła, rozbudowana, dwupoziomowa scena z Gene Hoglanem górującym nad pozostałymi muzykami (nie tylko fizycznie, odbiło się to również w warstwie dźwiękowej). Absolutny profesjonalizm i wyuczona maestria w tym, jak muzycy prezentowali się na scenie, z tym wchodzeniem na podesty, wywijaniem gryfami do sufitu (Alex Skolnick) czy publiczności (Eric Petersen). Uśmiechy na twarzy i żadnego opieprzania się, do początku do końca. Szkoda tylko, że momentami sprawiało to wrażenie oglądania świetnego koncertu na DVD, kiedy skupiamy się na podziwianiu tego wszystkiego co dostaliśmy, to jest wizualiów, profesjonalizmu, porywającego gadania do publiczności, ale jakoś nie chce nam się przeciskać pod scenę, porwać na sobie ubrania i pląsać niczym św. Wit. Nie pomagało też mało czytelne brzmienie, z czego Testament niechlubnie zdaje się słynąć (niektóre kawałki ciężko było mi poznać, za to Hoglan brzmiał niesamowicie, więc wszyscy fani perkusyjnego mistrza powinni być zadowoleni). Do doboru utworów przeczepić się nie można, najwięcej kawałków zagrali ze znakomitego ostatniego „The Brotherhood of Snake”, ale nie zabrakło też żelaznych klasyków pokroju „Electric Crown”, „Into the Pit”, „The New Order” czy „Souls of Black”. Co ciekawe, każdy z instrumentalistów miał swój popis solowy, były one rozstrzelane co kilka kawałków od połowy koncertu. Nie zawsze lubię takie momenty, ale domyślam się, że po prostu miały dać wytchnąć nieco wokaliście Chuckowi Billy’emu, więc w sumie mi to nie przeszkadzało. Reakcja publiczności oczywiście zachwycająca, co zespół zauważył i docenił nie raz, a to osobiście dziękując ze sceny czy też wieszając flagę na podeście perkusyjnym, już na początku koncertu. Reasumując, dobry występ, który oglądało się z przyjemnością, choć z jakichś powodów nie pozwalał mi na szaleństwo takie, jako chociażby podczas Death Angel.

tekst: Igor Waniurski