Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z Wacken Opean Air 2018

Wacken Open Air jeśli nie największy to na pewno najbardziej znany na świecie festiwal metalowy, co roku przyciąga tłumy fanów spragnionych wizyty na tej uświęconej chłostą decybeli ziemi. Kolejne edycje wyprzedają się raptem w kilka dni po ogłoszeniu oficjalnej sprzedaży biletów, sukces komercyjny imprezy jest więc właściwie zapewniony jeszcze zanim ogłoszony zostanie konkretny line up, dzięki temu humorki na Wacken wszystkim dopisują. Nie było więc zaskoczeniem to, że i w tym roku festiwal się udał. Zaskoczyła tylko pogoda.

Bywalcy odbywającej się niezmiennie w miejscowości Wacken imprezy kojarzą, że właściwie tylko najstarsi górale pamiętają edycje bez jednej chociaż kropli deszczu. Łatwiej przywołać z pamięci te, w których lało z nieba gęstymi strumieniami. Nie wiem do kogo organizatorzy odprawiali modły tym razem, ale obyło się bez choćby przelotnego opadu. Przeciwnie, tym razem doskwierało mocne słońce i kto wie, czy wytrzymanie w tym skwarze nie było nawet większym wyzwaniem niż przy ulewach. Przynajmniej takie głosy dało się usłyszeć wśród grona festiwalowych dostojników, spośród których niektórzy zaliczyli już Wacken piętnaście lub więcej razy. Niezły wynik, zważywszy, że ostatnia edycja była dwudziestą dziewiątą.

Dla mnie jednak był to pierwszy Wacken, dlatego jechałem do Niemiec z mieszaniną ekscytacji i obawy, czy konfrontacja z tą legendą wypadnie pomyślnie. Bywałem i na większych festiwalach, takich jak Hellfest, który od pierwszej odwiedzanej edycji stanowił dla mnie absolutną czołówkę tego typu wydarzeń. Wacken swoim składem, przy czym mam na myśli zarówno jego różnorodność jak i siłę rażenia headlinerów, nie może się chyba równać ze wspomnianym Hellfestem czy chociażby Graspop Metal Meeting. A jednak co roku dzikie tłumy wyprzedają ten spęd odbywający się w małej niemieckiej wiosce. Ciekawiło mnie: dlaczego?

Tym czymś jest bodaj niepowtarzalna atmosfera, jaka panuje podczas tych czterech dni (trzy oficjalne i jeszcze pierwszy rozgrzewkowy, z wcale niezłym składem). Choć pod tym względem nie brakuje nic wspomnianemu Hellfestowi, to mogę z niekłamaną radością oznajmić, że na Wacken bawił się chyba jak na razie najlepiej. Wiadomo oczywiście, że większość tego co związane jest z funkcjonowaniem w metalowej kulturze w roku 2018 brać można raczej ironicznie i z dystansem, jednak to na niemieckim feście najbardziej odczułem atmosferę pozytywnego wariactwa i pasji, jaką ci ludzie darzą taką muzykę. Niektórzy nawet w papieskim geście padali do kolan i nabożnie całowali ziemię chwilę po otwarciu bram terenu pod głównymi scenami (nic dziwnego, że przestrzeń owa ma nazwę “The Holy Land” w oficjalnym materiałach festiwalu). Dodać do tego mogą bardzo dobrą organizację, zarówno pod względem czasu występów (nie przypominam sobie żadnych opóźnień, choć to staje się już standardem wszędzie) jak i dostępności infrastruktury z jedzeniem, piciem, stoiskami z koszulkami, płytami czy innym dobrami, a przede wszystkim z rozplanowaniem przestrzennym imprezy i dostępnością do scen. Bardzo rzadko napotykałem na wąskie gardła utrudniające dostanie się w planowane miejsce, co niestety było nader częste na wspominanym już Hellfeście. Intrygujące też jest to, jak bardzo imprezy wbiła się w koloryt mieszkańców tytułowej wioski, którzy widać, że identyfikują się silnie z wydarzeniem i stanowi ono dla nich sporą atrakcję. A także okazję do zarobku – główna ulica wioski prowadząca na teren imprezy upchana jest punktami z różnym dobrem na sprzedaż (głównie spożywczym, ale mobilny punkt OBI również robił robotę).

Dobrze, zatem przejdźmy do muzyki. Wacken to raczej tradycja i odejścia w zakręcone i eksperymentalne odmiany metal zdarzają się tutaj, choć raczej na zasadzie dodatku. Można by na to narzekać, ale taki już charakter tego festiwalu, a przecież oferty inaczej sprofilowanych imprez nie brakuje.

Zerowy dzień imprezy nie był może tak bogaty jak trzy kolejne, ale i tak było czego słuchać. Na początek Fish, dość zaskakujący artysta w repertuarze metalowego jakby nie patrzeć festiwalu. Były wokalista Marillion, od niemal 30-stu prowadzący karierę solową, zmierza do jej podsumowania albumem “Weltschmertz”, mającym być ostatnim w jego karierze. Na koncercie nie usłyszeliśmy jednak żadnych premierowych utworów, gdyż Szkot postawił na materiał z ostatniego albumu Marillion, na którym śpiewał, czyli “Clutching At Straws”. Widziałem Fisha już kilka razy, w tym raz z podobnym zestawem utworów niemal dziesięć lat temu i niestety muszę stwierdzić, że obecny poziom wykonawczy jego muzyki pozostawia nieco do życzenia. Nie chodzi tylko o głos, bo z nim problemy Fish ma od lat. Rzecz w tym, że muzyka Marillion w wykonaniu zespołu Fisha nie ma głębi, jaką miała w oryginale. Ba, w zeszłym roku muzycy Marillion wykonali mniej więcej połowę wspomnianej płyty na swoim koncercie w Łodzi i mimo, że śpiewał Steve Hogarth, czyli facet, który nie był emocjonalnie zaangażowany w powstawanie owego materiału, to wypadło to o wiele bardziej przekonująco, niż w recenzowanym tu wykonaniu jego głównego autora (pod względem tekstów i konceptu).

Nazareth po raz pierwszy widziałem z wokalistą Carlem Sentance, który zastąpił kilka lat temu nieodżałowanego Dana McCafferty’ego, który musiał opuścić zespół z powodów zdrowotnych. Carl ma bardziej otwarty, nośny ale też mniej charakterystyczny głos, co jednak nie przeszkadza mu w byciu świetnym frontmanem, co wackeński koncert potwierdził. Nie zabrakło klasyków takich jak “Dream On”, “Hair Of The Dog” czy “Love Hurts”, a muzyków na scenie rozpierała energia. Udany koncert, mimo że krótki.

Następnie scena namiotowa należała do brazylijskiej legendy, złośliwi mówią, że nieco przebrzmiałą. Myślę jednak, że złośliwości zostają w gardle po takim koncercie, jaki Sepultura zagrała tego dnia. Mocny, zwarty set – kilka nowości z Machine Messiah i same klasyki. Grupa brzmiała jak marzenie, ciężko, dziko i porywająco. Derrick Green szalejący po scenie jak zwierz. Wcześniej widziałem ich przed Kreatorem w Warszawie i tamten koncert brzmiał jak nieskładna próba, zupełnie bez wyrazu. A tutaj, doskonały metalowy show.

Najlepszy koncert z tych jakie widziałem w dniu startowym dali jednak Szwedzi z Backyard Babies. Mieszanka punka, hard rocka i rock ‘n rollowego sznytu była iście wybuchowa. Wyglądali jak gwiazdy rocka i grali energetyzująco. Publiczność początkowo przyjęła zespół z nieufnością, ale po kilku utworach ludzie szaleli jak na najlepszym koncercie życia. Koniecznie trzeba zobaczyć tę kapelę w akcji.

Kolejny dzień festiwalu, tym razem pierwszy oficjalny (ale kto ośmieli się powiedzieć, że ten zerowy nie był interesujący?) zaczął się koncertem Tremonti, w sumie trzecim, jaki wdziałem w tym roku. Dwa pozostałe oczywiście kilka dni wcześniej w Krakowie, gdzie Mark występował jako support Iron Maiden. Co tu dużo mówić, Tremonti to znakomita kapela hard rockowa i takiż był też ten koncert. Materiał z “A Dying Machine” brzmi świetnie, szkoda tylko, że na razie niezbyt wiele kawałków z płyty znajduje się w setliście. Oczywiście wcześniejsze utwory również posiadają potężnie przebojowy materiał, znakomicie sprawdziły się więc na żywo.

Udo Dirkschneider wystąpił w projekcie, który na tapecie ma wyłącznie dawne kawałki Accept. Nic dziwnego, że był to atrakcyjny kąsek dla fanów klasyki, tak więc przestrzeń przed główną sceną zapełniła się szczelnie. Napięcie związane z oczekiwaniem potęgowała zapowiedź końca tego projektu – miały to być ostatnie koncerty Udo z repertuarem Accept, po których zamierza wrócić do swojego projektu solowego UDO. Usłyszeć riffy kawałków takich jak “Fast As A Shark”, “Metal Heart” czy “Balls To The Wall” było świetnie. Szkoda tylko, że cały czas miało się wrażenie w uczestniczeniu w koncercie cover bandu. Świetnie zgranego, dobrze brzmiącego (na drugiej gitarze wystąpił dawny gitarzysta Accept Herman Frank), ale jednak gdzieś uleciała ta nutka pasji, która w graniu jest jednak potrzebna.

Rodzimy akcent festiwalu dał Behemoth, od lat potęga ekstremalnego grania i umiejętności sprzedaży się publiczności. Grupa wystąpiła jeszcze w pełnym słońcu, ale nawet odwieczny wróg diabelskich mocy nie wygrał w starciu z pomorską bestią. Set w dużej mierze oparty na tym, co dostawaliśmy od kilku lat. Do tego dwa nowe kawałki, z których zwłaszcza “God = Dog” zabrzmiał znakomicie. Świetna oprawa i rytualne obrzędy odprawiana na scenie przez Nergala tworzyły majestatyczny choć lekko kiczowaty klimat, który w warunkach festiwalowych o dziwo sprawdził się nie gorzej niż w klubie. Behemoth miał potężne brzmienie, a publiczność szalała niemal w ekstazie. Świetny koncert.

Zbliża się wieczór a na scenie kolejna legenda. Na koncert Danizg czekałem szczególnie długo, bo artystę tego darzę szacunkiem. Niestety, kolejne rozczarowanie. Choć setlista świetna, w dużej mierze oparta o trzy pierwszy albumy grupy, to rozczarowywał sam frontman. Nie kondycją fizyczną, bo nadal na scenie jest aktywny. Problem natomiast ma z głosem, który wydawał się wyzbyty z emocji i niegdysiejszej siły. Niektórych fragmentów koncertu słuchało się naprawdę ciężko. Mam nadzieję, że to tylko chwilowa zniżka formy i Danzig wróci jeszcze w pełni sił, jednak wackeński występ pozostawiał wiele do życzenia.

Na koniec tego dnia Judas Priest. Zespół, który po wycofaniu się Glenna Tiptona z koncertowania, mógłby stać się karykaturą samego siebie. Natomiast koncerty: czerwcowy z Katowic oraz aktualnie omawiany były po prostu wyborne. Jasne, więcej klasycznych partii gitarowych wziął na siebie Ritchie Faulkner. Natomiast Andy Sneap, coraz pewnie czujący się w roli gitarzysty scenicznego, sroce spod ogona również nie wypadł i sprawdza się na żywo bardzo dobrze. Dzisiaj Judas Priest jest potęgą, o czym świadczy również znakomity album “Firepower”. Poważnie, kto w roku 2018 spodziewał się wydania tak znakomitego działa, jednocześnie nawiązującego do klasyki pełnymi garściami, a mimo to nie brzmiącego jak pieśń przeszłości, tylko jak aktualne przypieczętowanie pozycji zespołu. Tak również prezentuje się grupa na żywo. Kolejne okazja do przekonania się o tym w przyszłym roku, na wspólnej trasie z Ozzym.

Kolejny dzień obudził potężnym słońcem, no ale przecież na Wacken Open Air 2018 to nic nowego. Z letargu wyciągała perspektywa koncertów, zwłaszcza zmierzenia się z kolejną legendą, której słuchałem w młodości, a której nie dane mi jeszcze było zobaczyć. Ale idźmy po kolei.

Najpierw Amorphis, którzy wydali niedawno bardzo udany album. Koncert również do takim mogę zaliczyć, mimo, że nie wybił się niczym szczególnym. Finowie postawili na kilka kawałków z ostatniej płyty i klasyki, zwłaszcza z przedostatniego na liście “Under The Red Cloud”. Udany występ, ale teraz czekam na ich sztukę klubową.

Następnie Mr Big, zespół, który widziałem na żywo niecałe dziesięć lat temu. W międzyczasie wrócili do regularnej aktywności studyjnej i koncertowej. Grupa musiała się zmierzyć ze śmiercią perkusisty Pata Torpeya, który odszedł w wyniku komplikacji związanych z chorobą Parkinsona. Amerykanie zaprezentowali klasycznego dla siebie energetyzującego hard rocka, pełnego wirtuazerskich popisów Paula Gilberta i Billy’ego Sheehana. Nie zabrakło wielkich przebojów: “To Be With You” i “Wild World” z repertuaru Cata Stevensa. Mr Big od początku mieli nieco pecha – spóźnili się na eksplozję komercyjnego hard rocka połowy lat osiemdziesiątych (chociaż swoim talentem znacząco wyprzedzali większość ówczesnych zespołów tego typu), a w epoce grunge lat 90 byli po prostu passe. Świetnie, że grają jednak do dziś i są w tym przekonywujący.

Ciekawostką był projekt W.A.R czyli “Worship Him and Blood Ritual” w wykonaniu Samaela. Z tej strony Samaela nie widzieliśmy już całe lata – surowy black metal bez choćby najmniejszych elementów elektroniki. Piwnica i diabeł, jak u początków kariery. Dzikość, jakie próżno szukać na późniejszych wydawnictwa zespołu (co nie znaczy, że było one nieudane). Doskonały koncert, który przyciągnął jednak tylko garstkę fanów do sceny pod namiotem.

Kolejni Finowie tego dnia – Nightwish są w trasie rocznicowej, przypominającej klasyczny materiał a jednocześnie będącej chwilą wytchnienia pomiędzy powstawaniem kolejnego albumu grupy. Materiał był przekrojowy, z ostatniej płyty raptem dwa kawałki, za to mieliśmy wycieczki do dokonań takich jak “Once”, “Century Child” a nawet “Oceanborn”. Floor Jensen sprawia wrażenie doskonale już zaaklimatyzowanej w grupie, przy czym uważam, że to najlepsza wokalistka, jaka w tym zespole śpiewała. Przyjęcie Troya Donockleya wniosło równie wiele do brzmienia grupy – jego partie dud oraz dodatkowych gitar uczyniły muzykę Nightwish jeszcze bardziej atrakcyjną i bogatą. Świetny występ i przymiarka do krakowskiego spektaklu grupy.

Legendą na którą czekał był niemiecki Running Wild. Pionierzy pirackiego metalu, to prawdziwa klasyka. W dodatku zespół bardzo rzadko występuje na żywo, od lat nie grając już tras koncertowych a ograniczając się do okazjonalnych występów na Wacken właśnie (ostatni raz w 2015 roku). W dodatku, mamy trzydziestolecie wydania ich najlepszego bodaj albumu “Port Royal”. Co mogłoby więc pójść nie tak? A jednak, ze rozczarowań tegorocznej edycji festiwalu nic nie zabolało tak, jak Running Wild właśnie. Wobec taki oczekiwań tylko poprawny występ Rolfa i kolegów był jak cios w twarz. Widać i słychać było bara ogrania muzyków ze sobą. Po każdym utworzy następowały ciągnące się przerwy, nie wiadomo na co, które psuły dramaturgię występu. Co uderzające i smutne, publiczność również wydawała się nie być zainteresowana występem legendy, gdyż pod sceną właściwie były luzy, a zapowiedzi kolejny kawałków (nawet takich klasyków jak “Port Royal” czy “Under Jolly Roger”) przyjmowane były z obojętnością. Po którymś razie, kiedy zagrzewanie publiczności do boju nie przynosiło rezultatów, Rolf z niedowierzaniem zapytał wręcz czy aby wszystko jest okej i czy widownia nie śpi? Wtedy naprawdę zrobiło mi się go żal. Niemniej jednak, niezrażony tym zespół zagrał jeden nowy numer (niezły), z płyty, która ma się ukazać w przyszłym roku. Pozostaje jednak pytanie, czy strategia przyjęta przez zespół, to jest okazjonalne granie koncertów, nie powoduje, że z każdym rokiem grupa będzie miała coraz mniejszą rozpoznawalność.

Końcówka tego dnia to In Flames, którzy dali poprawny koncert, niewiele różniący się od tego lipcowego z Wrocławia (no, zagrali kilka kawałków więcej i mieli bogatszą scenografię) oraz ich krajanie z Ghost. Show, jaki robi kardynał Kopia wraz z zespołem jest fenomenalny. Kompletnie przebudowany od ostatniego występu grupy, który widziałem, w 2013 roku. Wielka, dwupoziomowa scena. Rozbudowany zespół (oczywiście wszyscy w maskach ghouli), z partiami klawiszowymi a nawet saksofonem w jednym z utworów. Wszystko dopracowane od strony wizualnej i dźwiękowej. Jedynie sam Tobias nie prezentuje się specjalnie jako wokalista, ale mocny głos nigdy nie był jego domeną. Natomiast wodzirejem spektaklu jest świetnym. King Diamond może czuć jego oddech na plecach.

Dzień ostatni był dla mnie zabiegany, głównie z przyczyn zawodowych. Dwa wywiady oznaczały bieganie pomiędzy umówionymi stanowiskami muzyków zamiast spokojnego podziwiania koncertów. Jednakże to i owo udało mi się zobaczyć.

Na początek Wintersun z fajnym, klimatycznym występem, który powiał nieco mrozem w kolejny, upalny dzień wackeńskiej rzeczywistości.

Steel Panther widziałem we fragmencie. Nie można odmówić im przebojowości, te kawałki skrojone pod modłę “Los Angeles” połowy lat 80. brzmią świetnie i przebojowo. Koncert panter ma wymiar spektaklu pełnego kiepskich żartów, seksualnych aluzji i dosłowności a także nagości na scenie (w wykonaniu fanek), co nie każdemu musi się podobać. Co działa na plus to naprawdę dobre kompozycje, które są udziałem grupy. Wobec tego, Steel Panther ma co najmniej dwa wymiary. Jeden to śmieszkowanie, drugi to porządna hard rockowa muzyka, korzeniami tkwiąca w przeszłości. Przy czym zespół, mimo swojego wizerunkowego przegięcia, jest znacznie bardziej przekonywujący od rodzimego Nocnego Kochanka, którego fenomenu nie mogę pojąć.

Francuzi z Gojira również byli przeze mnie długo wyczekiwany. To utytułowany już zespół, którego każde kolejne wydawnictwo to wielkie wydarzenie. Mimo to, do tej pory nie widziałem ich na żywo. Na koncercie nie zabrakło niczego z ich charakterystycznych elementów: pancernych riffów, zakręconej rytmiki i trochę mechanicznych wokali. W tle pojawiały się animacje o ekologiczno-biologicznej tematyce (niektórzy fani przynosili również dmuchane, basenowe wieloryby i delfiny do rzucania na scenę). W samych wykonaniach, bardzo poprawnych, zabrakło mi jednak czegoś ekstra, tego dzikiego pierwiastka, który jest jasno dostrzegalny na ich dokonaniach studyjnych. Może następnym razem.

Największą gwiazdą festiwalu zapowiedziany został Helloween, którzy nadal występują w zreformowanym składzie z Michelem Kiske i Kaiem Hansenem. Nie mogło być chyba lepszej lokalizacji takiego koncertu niż w Wacken, miejscu oddalonym od ich rodzinnego Hamburga o kilkadziesiąt kilometrów. Bywalcy warszawskiego koncertu grupy z jesieni 2017 roku mogli do pewnego stopnia odczuć powtórkę z rozrywki. Utworów było mniej (za to zagrali singlowy “Pumpkins United”, który swoją premierę miał przed rozpoczęciem trasy), podobnie jak nieśmiesznych animacji z dyniami, ale dynamikę i klimat koncert miał podobny. Kolejny raz mogliśmy przekonać się, jak świetne kawałki pisał ten zespół na swoich klasycznych płytach, zresztą na wielu późniejszych również. Wspaniale było obserwować ile radości muzycy mają z grania tych utworów na scenie (może poza Weikiem, który jak zwykle był nieco markotny). Koncert Helloween był takim małym festiwalem radości ostatniego dnia Wacken, jednym z najlepiej przyjętych przez publiczność występów. Fajerwerki na koniec były dosłowną kulminacją tej radości.

Pierwszy swój Wacken Open Air uważam za niezwykle udany. Pod względem atmosfery i klimatu impreza ta jest niepowtarzalna i powoduje, że chce się na nią wracać. Dlatego mam nadzieję, że nie zabraknie mnie na niej i za rok. Mam też nadzieję, że nie wrócą jednak duchy nieprzyjaznej pogody, z jakiej niegdyś ten festiwal słynął. See you in Wacken, rain or shine!

Tekst i foto: Igor Waniurski