Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z koncertu Ihsahna – Wrocław, Zaklęte Rewiry, 13.11.2018

Druga edycja sierpniowego festiwalu Prog In Park w Warszawie, mimo, że swoją headlinera miała w postaci Anathemy, wielu widzom utkwiła w pamięci dzięki pierwszemu w Polsce solowemu występowi Ihsahna. Choć Norweg występował już u nas z macierzystym Emperor (nawet w tym roku, podczas Metalmanii), to zaskakujące, że dopiero niedawno mogliśmy usłyszeć go na żywo z solowym zespołem. Tym lepszą informacją była zapowiedź dwóch jesiennych koncertów grupy w Polsce, które dopiero co się odbyły. Przyjrzyjmy się temu, co wydarzyło się na wrocławskiej odsłonie trasy.

Można powiedzieć, że ostatnie lata były dla Vegarda pasmem intensywnych sukcesów. Przede wszystkim, regularnie dostarczał nowych albumów, z których dwa najświeższe: “Arktis” i “Ámr” spotkały się z bardzo życzliwym przyjęciem krytyki i publiczności. Do tego dochodzą jeszcze wspominkowe trasy Emperora. Muzyk nie może narzekać na brak zajęć. Ihshan trafił do Polski pod sam koniec swojej trasy, zespół był więc rozgrzany i można było oczekiwać wysokiej formy występu. Cieszę się, że mogę donieść iż tak właśni właśnie był koncert we wrocławskim klubie „Zaklęte Rewiry”.

Na początek, gdy zgasły światła usłyszeliśmy intro w postaci… “JumpVan Halen. Miłość Vegarda do muzyki lat osiemdziesiątych jest powszechnie znana, chociażby z klimatu niektórych kawałków z “Arktis”. Wśród punktowych reflektorów przeczesujących scenę muzycy zaczęli od “Lend Me The Eyes Of Millenia”, kawałka otwierającego ostatni album, do którego to niedawno zresztą opublikowany został teledysk. Początkowe brzmienie było jeszcze niezbyt czytelne, ale po kilku pierwszych numerach poprawiło się na szczęście na tyle, aby można było usłyszeć wyrafinowanie, z jakim gra zespół Ihsahna. Przy tym punkcie chciałbym zatrzymać się na dłużej, bo to co ta czwórka muzyków generowała ze swoich instrumentów momentami było iście magiczne. Wielbiciele Emperora nie zaznajomieni z muzyką solową lidera mogli być jednak nieco zaskoczeni. To dźwięki dużo bardziej ekstrawaganckie, w których jaskrawo zaznaczają się wpływy elektroniki czy jazzu (zwłaszcza w genialnej grze perkusisty Tobiasa Ørnesa Andersena). Mimo, że podstawą wielu kawałków jest solidny riff, a melodyjne fragment takiego “Mass Darkness” pasowałyby idealnie do twórczości Iron Maiden, to Ihsahn dostarcza dużo bardziej wielowymiarowej twórczości od swojego macierzystego zespołu. Słychać w niej niepokój, głębię, ciekawe faktury i podziały rytmiczne a przede wszystkim, nieco kojarzącego się z muzyką improwizowaną szaleństwa. Odrobina patosu znanego z Emperor też się znajdzie, ale podanego nieco inaczej, mniej dosłownie. To nie kicz hollywoodzkiego kina, ile raczej wzniosłość połączona z lekką naiwnością nowej fali. Wszystkie te cechy słyszalne są na nagraniach studyjnych, jednak koncert jeszcze bardziej je uwypuklił.

W setliście dominowały kawałki z dwóch ostatnich albumów. Z “Ámr” usłyszeliśmy ich w sumie cztery, natomiast z “Arktis” aż pięć, w tym znakomite “Celestial Violence”, “My Heart Is of the North” i “Until I Too Dissolve”. Półtoragodzinny z bisami koncert zawierał również po kilka pojedynczych kawałków z poprzednich albumów artysty, ze wskazaniem na „After”, „Eremita” i „Das Seelenbrechen”. Ubolewam, że nie usłyszeliśmy nic z lubianego przeze mnie „angL”. Lubię, gdy muzycy grający na żywo dają się ponieść emocjom, pewnemu szaleństwu i czuć w nich radość grania muzyki, nawet, gdy odbywa się to kosztem muzycznej fachowości. Choć muzyka Ihsahna jest bardziej intelektualna niż emocjonalna (to kolejna różnica pomiędzy solową twórczością Norwega a tą znaną z Emperor, przynajmniej w początkach zespołu), to właśnie takie silne emocje biły ze sceny, jak i pod nią. Ihsahn może nie powalał konferansjerką, ale zapowiadając poszczególne utwory był wyraźnie zadowolony z żywiołowo reagującej i śpiewającej część tekstów publiczności. Może nie była on liczna, klub wypełniony był może w jednej trzeciej, ale na pewno źle nie było. Świetny koncert, który będę pamiętał długo. Mam nadzieję, że to dobry początek częstszych odwiedzin grupy w naszym kraju.

Przed głównym daniem wieczoru w ramach przystawki wystąpili australijczycy z Ne Obliviscaris. Była to kolejna wizyta tej względnie młodej i obiecującej grupy w Polsce. Dynamiczna i przebojowa odmiana metalu progresywnego, z deathowymi wstawkami  w ich wykonaniu(raczej na zasadzie kontrapunktu) jest porywająca a koncert był dużo lepszy, niż ten, który zagrali przed Enslaved we Wrocławiu. Australijczycy obdarzeni są dużą erudycją, która na szczęście nie przekłada się na narcystyczne popisy instrumentalne, o które w uprawianym przez nich gatunku nietrudno. Grupa potrafi znaleźć odpowiednie proporcje pośród cienkiej granicy muzycznego rozpasania a kiczu. Ciekawym urozmaiceniem brzmienia zespołu są skrzypce, na jakich gra jeden z wokalistów.

Jako pierwszy wystąpił norweski Astrosaur grający muzykę instrumentalną, trochę na granicy post rocka i metalu.

Tekst: Igor Waniurski

Zdjęcia: Maria Sawicka