Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Prog In Park: relacja z koncertu

Prog In Park, nowa inicjatywa ekipy Knock Out Productions, od początku budziła moją ciekawość. Muzyka progresywna w różnych odmianach jest w naszym kraju popularna, ale czy rzeczywiście jest zapotrzebowanie na kolejną imprezę (czy też festiwal) o takiej tematyce? Nie ukrywam, miałem obawy o powodzenie imprezy/ Koncerty w Parku Sowińskiego w Warszawie udowodniły bezzasadność podobnych rozważań – artyści, organizatorzy oraz publiczność tłumnie wypełniająca amfiteatr, stanęli na wysokości zadania.

Punktualnie o 16:40 występ zaczęli Lion Shepherd. To młody zespół mający na swoim koncie dwa albumy (z czego ostatni, „Heat”, wydany został w maju). Nie miałem styczności z twórczością warszawiaków, a pierwszy raz usłyszałem o nich przy okazji koncertowego powrotu Riverside w lutym, kiedy to starsi koledzy zostali wsparci na scenie również przez Mateusza Owczarka, gitarzystę LS. Lion Shepherd grają progresywnego rocka, któremu blisko do klimatu wczesnego Marillion czy wspomnianego już Riverside (jeśli wziąć pierwsze przychodzące do głowy nazwy). Nieobce są im też ostrzejsze riffy. Słychać, że muzycy mają wizję swojej twórczości – kompozycje są rozbudowane, acz nie nadęte, pełne świetnych melodii i pomysłowo zaaranżowanych partii instrumentalnych. Mateusz Owczarek rzetelnie popisuje umiejętnościami gitarowymi i mimo, że wyrosłem już z zachwytu nad tego typu narcystycznymi zabawami, to trzeba przyznać, że jest świetnym gitarzystą. Głos Kamila Haidara przypomina nieco barwą Mariusza Dudę i to chyba jedyny element, który nie do końca mi pasował, gdyż momentami brakowało w nim ekspresji.

Delikaty elektroniczny wstęp przechodzący w perkusyjną kanonadę zwiastował początek koncertu Blindead. To „s1” z poprzedniej płyty gdańskiej grupy. Pierwszy raz widziałem Piotra Pieza, nowego wokalistę zespołu. Ma inny styl śpiewu, inny sposób bycia od Patryka Zwolińskiego. Nie znaczy to, że gorszy, gdyż już podczas pierwszego kawałka, płynnie przechodząc od śpiewu do wrzasku, Piotr udowodnił, że jest sprawnym wokalistą i w grupie nie znalazł się przypadkowo. Szczęśliwie, napięcie udało się utrzymać do końca koncertu, choć nie zabrakło miejsca na chwilę oddechu w spokojniejszym, przestrzennym utworze „Hunt”.  Przez cały czas spędzony na scenie grupa kipiała energią, co oczywiście nie pozostało bez wpływu na publikę (z każdą chwilą ludzi pojawiało się coraz więcej). Znakomity, porywający koncert, który zostawił uczucie niedosytu ze względu na czas trwania.

Islandczycy kowboje z Solstafir w ostatnich latach stają się w Polsce coraz bardziej rozpoznawalni. Choć zespół istnieje już ponad dwadzieścia lat, mam wrażenie, że przełomowa okazała się ich poprzednia płyta „Ótta”, zyskując względnie dużą popularność. Najnowszy krążek grupy „Berdreyminn” przez recenzentów przyjmowany jest raczej z rezerwą, mimo to wszelkie uprzedzenia musiały runąć wraz z początkiem występu grupy. Grali transowo i potwornie głośno (był to bodaj najgłośniejszy występ tego dnia). Ich muzyka jest trochę jak podróż przez monotonną ale i piękną lodową pustynię. Co oczywiste, przywołuje to skojarzenia z okładkami ich ostatnich albumów. Na scenie  Solstafir to jednakże rockowe zwierzę, które nie lubi się opieprzać. Prym wiódł  wokalista i gitarzysta Aðalbjörn Tryggvason, charyzmatyczny i aktywny, doskonale utrzymujący kontakt z publicznością. W pewnym momencie potrafił kazać się zamknąć komuś, kto przeszkadzał w zapowiedzi ważnego dla zespołu utworu, dotykającego tematu depresji. Czuć było wtedy sceniczne obycie i doświadczenie. Podobnie jak w przypadku Blindead, doskonały koncert, który zostawił niedosyt. Na szczęście na jesień grupa zagra wraz z Myrkur w Krakowie.

Na Riverside czekałem tym bardziej, że nie widziałem ich na żywo od 2015 roku. Ominęła mnie kwietniowa trasa – pierwsza od śmierci Piotra Grudzińskiego. Jestem też fanem Quidam, macierzystego zespołu Maćka Mellera, z tym większą niecierpliwością czekałem na możliwość wysłuchania z Riverside właśnie z nim na stanowisku gitarzysty. Nie zawiodłem się, a nieco jaśniejsze i delikatniejsze brzmienie Maćka zaskakująco dobrze wpisało się w twórczość grupy. Uwidoczniło w niej jakby więcej przestrzeni, na czym muzyka tylko zyskała. Szkoda, że ponad godzinny koncert Riverside rewelacyjne miał tylko momenty. Oczywiście, brzmią profesjonalnie i nie ma mowy, aby zespół tej klasy dał jakoś specjalnie plamę. Mariusz Duda w dobrej formie, nabuzowany i tryskający energią. Michał Łapaj świetnie odpalający kolejne solówki klawiszowe bądź kreślący piękne tło dla pozostałych muzyków. Mitloff grający rzetelnie i poprawnie. Setlista też ciekawa, z dużą ilością nowych numerów (jeden miał nawet premierę koncertową). Światła świetne, brzmienie też w porządku (może poza nieco płaską perkusją). Były jednak momenty, w których próżno doszukiwać się ekscytacji, by nie powiedzieć, że wiało nudą. Miałem wtedy wrażenie, że to dobry, ale odbębniany z musu koncert.

Opeth zaczęli od tytułowego kawałka z ostatniej płyty „Sorceress”. Początkowo na scenie było tylko trzech muzyków, basista Martin Mendez, perkusista Martin Axenrot oraz Joakim Svalber obsługujący instrumenty klawiszowe. Pierwsze chwile należały do tego ostatniego. Po chwili dołączyli do nich Mikael Åkerfeldt i Fredrik Åkesson, który doomowym riffem rozpoczął właściwą część utworu. Od pierwszych dźwięków brzmienie było potężne i klarowne. Kolejne riffy przetaczały się przez publiczność niczym burza. Naprawdę, Szwedzi zabrzmieli tego wieczoru fantastycznie – soczyście i mocno. Åkerfeldt doskonale nawiązywał kontakt z ludźmi, był nawet bardziej gadatliwy niż zwykle. Praktycznie po każdym kawałku sypał żartami na temat członków zespołu, życia w trasie czy też spotkania z Józefem Skrzekiem z SBB (owacja publiczności!). Śpiewał też dobrze, również w starszych numerach, gdzie rozbrzmiewa jego potężny growl, o co miałem obawy. No, jego growl może tak potężny jak na nagraniach studyjnych to nie był, ale jak zaryczeli drugim w kolejności „Ghost Of Perdition”, to miałem ciarki na plecach. Cały zespół brzmiał zresztą jak doskonale naoliwiona, rządna krwi maszyna. Nowe kawałki, odnoszące się do prog rocka lat 70, o dziwo nie gryzły się w towarzystwie brutalniejszego grania sprzed lat. Siłą tego zespołu jest eklektyczna wyobraźnia i umiejętność łączenia różnych klimatów w oryginalną, jedyną w swoim rodzaju całość. No, bo jakby dzielić włos na czworo, to słychać u nich Jethro Tull, Genesis czy Pink Floyd z jednej strony, a sztokholmską odmianę death metalu z drugiej, ale pokażcie mi inny zespół, który brzmi tak jak Opeth. Jedynym minusem tej doskonałej sztuki był czas jej trwania. Panowie, przy takiej ilości materiału, raptem dziewięć kawałków i półtorej godziny koncertu? Trochę słabo, choć rozumiem, że tak pewnie wygląda ich setlista festiwalowa. Dlatego też, to kolejny zespół, którego koncert na Prog In Park zostawił we mnie niedosyt. Niemniej jednak to dobre podsumowanie, świadczące o tym, że impreza się udała a zaproszone na nią zespoły sprawdziły się znakomicie. Publiczność również przybyła raczej tłumnie – na Riverside i Opeth trudno byłoby się już wcisnąć pod scenę. Mam więc nadzieję, że za rok będziemy bawić się na następnej edycji Prog In Park.

Tekst: Igor Waniurski