Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z OFF Festivalu 2016 – Katowice, Dolina Trzech Stawów, 05-07.08.2016

Tegoroczna edycja OFF Festiwalu, już w jego trakcie, nazywana była najbardziej pechową w historii. W wyniku zbiegu różnych okoliczności, pięciu artystów, w tym dwójka headlinerów odwołało swoje występy. Nieuczciwym byłoby jednak oceniać festiwal przez taką optykę, gdyż, mimo pewnych rozczarowań, kolejna edycja katowickiego wydarzenia była zupełnie udana.

Rzucały się w oczy pewne zmiany, być może wiązane z nieobecnością wieloletniego sponsora: a to brak książkowego katalogu (zamiast tego całkiem sprawna aplikacja na urządzenia mobilne), dużo więcej elektroniki i DJów, czy ogólne wrażenie nieco mniejszej skali. Nie zmieniło się to, że OFF nadal potrafi być festiwalem, na który jeździ się poznawać artystów dla siebie nowych (choć niekoniecznie młodych stażem), na których nie wpadłoby się na co dzień. Pod tym względem pierwszy weekend sierpnia w Katowicach okazał się udany.

Rosa Vertov

Tegoroczną edycję festiwalu rozpoczął warszawski zespół czterech dziewczyn Rosa Vertov. Formacja ma na koncie EP-kę „Rosa Vertov” z 2015 roku z pięcioma utworami i singiel „Obsessive Thinking/Vultures”. Połowa usłyszanych dźwięków podczas występu pochodzi z tych płyt, a druga połowa to materiał jeszcze niepublikowany. Równo o 15:00 zespół stawił się na scenie Trójki. Pech chciał, że po pierwszym utworze pojawiły się problemy techniczne, czego efektem był brak zasilania. Po niedługiej naprawie, zespół kontynuował swój występ, hipnotyzując swoją psychodelią zasianą w dźwiękach. Rosa Vertov grają brudno, depresyjnie. Słychać tu nieco zimny klimat utworów Joy Division. Udało nam się porozmawiać z zespołem niedługo po ich występie.

Jak mówią – na scenie Offa czuli się niesamowicie, mieli bardzo dobry humor, pojawił się też lekki stres; ich inspiracje zaczynają się od fascynacją Beatlesami, przez shoegaze, post punk, elektronikę; a jak mówi Olga Gniadzik (gitarzystka i wokalistka) King Krule i Iceage. Zespół ma gotową połowę materiału na LP, który pojawi się (optymistycznie patrząc) w październiku br. Dziewczyny studiują, a więc najwięcej czasu na muzykę mają właśnie podczas wakacji. Teksty zespołu są w języku angielskim i tak zostanie na płycie pełnowymiarowej – RV traktuje wokal jako kolejny instrument, więc nie jest on na pierwszym planie, lecz bardziej tak, jak w muzyce shoegaze’owej. Duży skok w karierze zespołu nastąpił w klubie Eufemia w Warszawie. A na Offie tego dnia bardzo podobał się im koncert Show Me The Body.

Publiczność bardzo ciepło odebrała występ zespołu. Kibicujemy zespołowi i czekamy na płytę!

 

Zimpel/Ziołek

Nie bardzo wiemy jak skomentować kolaborację Wacława Zimpla (genialnego klarnecisty, niedawno wydał swój solowy album „Lines”) i Kuby Ziołka (Stara Rzeka, Innercity Ensemble). Ciężko pisze się o muzyce improwizowanej. Ten koncert nie porwał, nie wywarł wielkiego wrażenia, ale czy taki nie miał być? Wystarczyło „wkręcić się” w dźwięki wydobywane przez obu panów. Byliśmy świadkami spotkania ich bardzo interesujących muzycznych światów.

 

Willis Earl Beal

W kategorii „najdziwniejszy koncert” wygrywa niewątpliwie performance Willisa Earla Beala. Jest to wspaniały wokalista, lecz wielka szkoda, że artysta wystąpił śpiewając tylko do przygotowanych wcześniej podkładów puszczanych z telefonu i w porze zupełnie nieodpowiedniej (na co sam narzekał). Całość jego występu składała się ze śpiewu, ekspresyjnych ruchów, tańców i dziwacznych zawołań (ale też ironii i autoironii) do publiczności. Na samym początku, artysta kazał wszystkim usiąść i nie klaskać pomiędzy utworami, aby poczuć się tak smutno, samotnie, jak jego muzyka i jego teksty. Ubrany był na czarno, wymachiwał czarnym kwadratowym kawałkiem materiału, na twarzy miał założoną czarną maskę, zasłaniającą również oczy. Repertuar opierał się głównie na utworach z płyty „Noctunes”. Gdyby zacząć analizować to wystąpienie, moglibyśmy stwierdzić, że Bealowi chodziło o pokazanie jak samotni jesteśmy na świecie, jacy jesteśmy, a jacy być chcielibyśmy i że nie mamy tak naprawdę wpływu na to, jaki świat zastajemy. Tematem rozważań Willisa jest też rola artysty we współczesnym świecie.

 

The Master Musicians of Jajouka Led By Bachir Attar

Marokańczycy z The Master Musicians of Jajouka wywarli na nas niezwykły podziw dla nich samych i uczucie przypominające z jak dalekich krajów Artur Rojek ściąga artystów na festiwal. Sam Mick Jagger uważa, że to najbardziej inspirujący zespół świata. Rodowici mieszkańcy Maroka grali na tamtejszych instrumentach, których nazw nie jestem w stanie wspomnieć. Lecz wiem, że pojawiły się rozmaite bębenki, konga; skrzypce, fleciki. Całość miała charakter folkowy, jak to często bywa na scenie eksperymentalnej Offa. Publiczność mogła popląsać do mocnych (i trudnych) rytmów, a entuzjazm publiczności udzielił się również samym muzykom. Fenomenalny koncert najstarszych rockendrollowców!

Napalm Death

Brytyjscy szaleńcy niezmiernie dowodzeni przez Barneya Greenwaya zaprezentowali się intensywnie, serwując cios za ciosem ze swojego grindcore’owego reperturaru. Dokładnie 35 lat na scenie, a oni nadal zachowują wiarygodność, zarówno na płytach – wystarczy posłuchać ostatniego wydawnictwa „Apex Predator – Easy Meat”, jak i na żywo. Koncert Napalmów to energetyczna bomba, przerywana profetyczno-moralizaorskimi połajankami Barneya, który nawołując do troski o siebie, głosząc potrzebę wolności od opresyjnych instytucji (kościół, korporacje, rząd) czy miłości, był niezwykle charyzmatyczny. Oczywiście zdzieranie gardła do atomowej muzyki wychodzi mu jeszcze lepiej, dlatego koncert, na który składał się obszerny wybór kawałków z „Apex Predator”, fragmenty „From Enslaved to Obliteration” i „Scum” oraz pojedyncze wycieczki w kierunku kilku pozostałych albumów wypadł fenomenalnie. Nie obyło się oczywiście bez You Suffer, wywoływanego przez publiczność od samego początku. Do tego dwa covery, Dead Kennedys i Siege. Godzina z okładem.

14001773_1349328538415480_815836758_o

14002537_1349327435082257_929550981_o

13987708_1349327271748940_1603474298_o

Clutch

Amerykanie zagrali koncert na miarę swojego ostatniego dokonania „Psychic Warfare”. Mocno, konkretnie, walcowato, ale z polotem. Brodaty wokalista Neil Fallon na scenie nie jest w stanie ustać w miejscu dłużej niż chwilę, w czym równoważy grającego na gitarze Tima Sulta, który przez cały koncert nie tylko nie ruszył się z jednego miejsca, ale też nie spróbował przenieść wzroku ze swoich butów na publiczność. Clutch tworzą wrażenie zgranej paczki kumpli po czterdziestce, którzy w poszukiwaniu ucieczki od marudzących żon i pustych szefów w pracy, pakują manatki i jadą w trasę grać rocka. Są w tym naprawdę doskonali, a występ w którym stonerowe klimaty łączące się z bluesem i psychodelią, dały niezwykle radosną i intensywną mieszankę. Jedyna wada – mogło być dłużej. Ale takie są uroki festiwalu.

Brodka

Najważniejszym polskim koncertem pierwszego dnia festiwalu był bardzo pięknie wyglądający występ Moniki Brodki. Artystka wydała w tym roku album „Clashes”, który znacznie odbiega stylistycznie od poprzedniej płyty. A więc dla większości z publiczności zgromadzonej pod sceną Miasta Muzyki, był to pierwszy raz, gdy mogli zobaczyć i usłyszeć Brodkę w nowej krasie. Na scenie znajdował się aż jedenastoosobowy skład – dęciaki, skrzypce, dwoje gitarzystów, elektroniczne piana… Wszyscy przebrani w specjalnie przygotowane stroje. Pojawiły się przede wszystkim utwory z najnowszej płyty – Monika wykonała niemal wszystkie utwory. I tak pojawiła się piosenka Horses – singiel, który doszedł nie raz do pierwszego miejsca Listy Przebojów Trójki Polskiego Radia. Był Mirror Mirror rozpoczynający koncert jak i „Clashes”, przepiękny Holy Holes, singlowy Santa Muerte, My Name Is Youth. Wszystkie wyśmienicie wykonane. Z „Grandy” zabrzmiały dla offowej publiczności K.O oraz Granda w nowej, szybszej, punkowej wersji. Było widać po Monice, że bardzo się cieszy na ten koncert; niezwykłą przyjemność sprawiła jej możliwość zagrania na tym festiwalu. Spore grono słuchaczy zgromadził jej występ.

PS. Kilka godzin wcześniej odbyło się spotkanie z Brodką na stoisku PGE, którego prowadzeniem zajął się Jarosław Szubrycht. Cykl takich spotkań odbył w ramach promocji nowego kwartalnika tylko o polskiej muzyce, „Gazeta Magnetofonowa”. Monika opowiadała m.in.: o współpracy z producentem Noah’em Georgesonem, którego poznała poprzez Devendrę Banharta, o którym też mówiła (ich znajomości), o sygnałach i wrażeniach jakie odbiera od fanów na koncertach prezentujących nowy album.

 

tekst: Łukasz Krawiec, Igor Waniurski
foto: Igor Waniurski
wideo: You Tube - Olgierd Humeńczuk