Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z koncertu Stevena Wilsona w Poznaniu

Każda wizyta Stevena Wilsona w Polsce to wydarzenie dla fanów szeroko pojętego rocka. Postać ta jest chyba znana każdemu czytelnikowi, daruję więc sobie wprowadzenie i przejdę do razu do samego koncertu. Powiem tylko, że “To the Bone”, ostatni album artysty wprowadza w jego twórczość solową trochę jaśniejszych barw i przynajmniej kilka zawartych nań utworów może przywodzić na myśl przeszłość Porcupine Tree. Być może dlatego w programie tegorocznej trasy znalazło się sporo kawałków tego zespołu.

Na początku trochę o miejscu koncertu. Kilka lat nie byłem już w Sali Ziemi Międzynarodowych Targów Poznańskich i niespecjalnie mnie pociągała perspektywa tego miejsca. Jak się okazało, MTP to teraz zupełnie nowo wybudowany (lub gruntownie wyremontowany) obiekt, a rzeczona sala okazała się nowoczesnym, doskonałym akustycznie przybytkiem.
Punktualnie o ósmej zgasły światła i ujrzeliśmy film wprowadzający. Zdjęcia uśmiechniętych ludzi w pogodnych sytuacjach powoli zastępowały ujęcia wojny i cierpienia, którym wtórowały niepokojące, narastające dźwięki niczym z horroru. Na początek “Nowhere To Run”. Szkoda, że Steven nie zdecydował się na otwarcie koncertu tytułowym utworem z nowej płyty, sporadycznie wykonywanym na trasie. Od początku dało się usłyszeć dość klarowne brzmienie i … sporą głośność, która ponoć dzień wcześniej w Zabrzu była przytłaczająca. Od pierwszych dźwięków zespół brzmiał tak, jakby Steven chciał udowodnić, że chce teraz grać mocno i dobitnie. Następny w kolejności “Pariah”, z wokalizą Ninet Tayeb, której nagranie wideo wyświetlone zostało na kotarze oddzielającej muzyków od publiczności (kotara przez większość koncertu była ściągnięta, czasami jednak pojawiały się na niej ciekawe projekcje). Potem krótka wycieczka na przedostatni album w postaci “Regret #9” i “Home Invasion”. Mniej więcej wtedy Steven zdecydował się na powiedzenie kilku słów o programie koncertu oraz zwyczajową połajankę na temat filmowania telefonami. “The Creator Has a Mastertape”, pierwszy kawałek Porcupine Tree tego wieczoru zabrzmiał nieco poniżej oczekiwań. W zespole Stevena grają znakomicie wszechstronni muzycy, mimo to brakowało tej specyficznej atmosfery jaką potrafili wykreować partnerzy Stevena z poprzedniej grupy. Być może to kwestia nieobecności Richarda Barbieriego i jego charakterystycznych plam dźwiękowych? Pierwszą część koncertu zakończyły “Refuge”, “People Who Eat Darkness” ze świetnym rysunkowym teledyskiem oraz “Ancestral” z poprzedniego albumu.

Przerwa pomiędzy odcinkami była dobrą okazją do zastanowienia się nad kondycją obecniego wcielenia zespołu. Nie ukrywam, brakowało mi Marco Minnemanna w roli perkusisty, choć Craigowi Blundellowi niczego nie można zarzucić, to znakomity muzyk. Minneman przejawiał jednak przebłyski geniuszu, które wzbijały grupę na wykonawcze wyżyny. Na stanowisku gitarzysty Guthrie Govana (a następnie Dave’a Kilminstera) zastąpił Alex Hutchings, wymiatacz z tendencją do popisów na gryfie. Niekwestionowaną gwiazdą wieczoru był jednak dla mnie Nick Beggs, obsługujący różne gitary basowe oraz sticka. Skupiony i wszechstronny muzyk, będący podporą składu Wilsona od lat. To, co Nick wyprawia jest prawdziwą muzyczną magią.

Druga część występu, rozpoczynająca się porcupinowym “Arriving Somewhere but Not Here”, obfitowała w więcej kawałków dawnej grupy wokalisty. Usłyszeliśmy “Lazarus”, “Heartattack in a Layby“ oraz “Sleep Together”, który najlepiej sprawdził się w tym składzie. Siłą tego kawałka jest pewna transowość i ciężar, nie dało się więc odczuć różnicy w partiach klawiszy. Świetnie wypadło “The Same Asylum As Before” oraz mroczne “Song of I”. “Permanenting” na żywo nie miało aż takiego wdzięku, jak w wersji albumowej, ale nie przeszkadzało to bawić się widowni, która na prośbę Stevena podniosła się w krzeseł. Prawdziwą rewelacją były bisy, najpierw z “Even Less” wykonanym samemu przez Wilsona, a następnie ciekawą przeróbką “Sign “☮” the Times” Prince’a. Na sam koniec usłyszeliśmy “The Raven That Refused to Sing” z jak zawsze wzruszającym teledyskiem. Słyszałem ten kawałek na żywo bodaj już trzy razy i zawsze mi się podobał.

Choć nie mogę powiedzieć, by koncert przebił najlepsze występy Porcupine Tree czy Stevena solo jakie widziałem, to prawie trzy godziny w Sali Ziemi dały mi mnóstwo satysfakcji. Materiał z nowej płyty (z odświeżonym zespołem) zabrzmiał doskonale, a kilka nieoczywistych kawałków Porcupine Tree miłą niespodzianką, nawet jeśli nie miały takiej siły rażenia jak dawniej. Jak donoszą najnowsze wieści, kolejna okazja do usłyszenia grupy będzie w lipcu we Wrocławiu. Nie powinno nas tam zbraknąć.

tekst: Igor Waniurski