Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z koncertu Helloween w Warszawie, Progresja, 16.02.2016 r.

Staropolskie przysłowie mówi “do trzech razy sztuka”. Dwa koncerty Helloween, jakie widziałem do tej pory, nie spełniły oczekiwań. Wahałem się więc, czy jechać na warszawski przystanek trasy zespołu. Wspomniana mądrość ludowa okazała się być prawdziwa, gdyż koncert przeszedł najśmielsze oczekiwania.

DSC_0129

Dlaczego koncerty z Krakowa (2003) i Sztokholmu (2007) zapamiętałem tak kiepsko? Może to pech, ale na scenie widziałem wtedy znudzonych muzyków, rutynowo odgrywających swoje partie. Grali jakby za karę, ze słabym kontaktem z publiką, kiepskim brzmieniem i ogólnym powiewem nudy. W obu przypadkach, supportujące ich Rage i Gamma Ray okazały się nieporównanie lepszymi strzałami. Cieszę się, że Helloween A.D. 2016 ogląda się i słucha z prawdziwą przyjemnością. To jakby postawić obok siebie dwie zupełnie inne kapele. Nie wiem co im się stało, ale miałem wrażenie, że na scenę z niebios zstąpili prawdziwi herosi rocka. Nieco nonszalancko, jakby dla kaprysu postanowili zanieść maluczkim ogień radości. Brzmieli przy tym potężnie, nawet bardziej nastrojowe fragmenty miały odpowiedniego kopa.

DSC_0115

Działo się odpowiednio dużo, jak na rockowy spektakl przystało. Gitarzysta Sascha Gerstner, wyglądający trochę jak Elvis, cały czas uśmiechnięty, nawiązujący blisko kontakt z publicznością. Markus Grosskopf zawsze był jajcarzem, to i w Warszawy wygłupiał się po całej scenie, plując kostkami do gry, które wcześniej Sascha wrzucał mu do ust. Nawet Michael Weikath sprawiał wrażenie, jakby nie miał focha. A on przecież zawsze focha ma. Pozbył się za to nieodłącznego wcześniej peta w gębie. Andi Deris? No cóż, głos mu już siada od lat, ale frontman swoją robotę wykonał rewelacyjne, cały czas na przedzie dopingując publiczność do doskonałej zabawy. Tylko pozazdrościć mu takiego kontaktu z widownią, to klasa Dickinsona i jemu podobnych wodzirejów.

Choć Helloween dawno nie wydali naprawdę udanej płyty studyjnej, to nowe kawałki na żywo wypadły bardzo dobrze. Być może problemem albumów jest ich słaba produkcja i skompresowane brzmienie. Koncert dodał dynamiki takim utworom jak “Heroes”, “Lost in America” czy wydłużonemu przez zabawę z publiką “My God-Given Right”. W tym roku przypada dwudziestolecie wydania płyty “The Time of the Oath”, usłyszeliśmy więc aż cztery kawałki z tego album, w tym ograne już nieco  “Power” i “Steel Tormentor”. Zaproponowane na bis “Before the War” okazało się prawdziwą torpedą, szybką, mocną i skutecznie rzucającą na kolana.

DSC_0131

Najbardziej lubię Helloween w przebojowych kawałkach o porywających melodiach wokalnych, dlatego miałem ciarki na plecach przy “Where the Rain Grows”, jednego z ulubionych utworów zespołu. Oczywiście nie obyło się bez klasyki, takiej jak “Eagle Fly Free”, “Dr. Stein” czy zagrane na koniec “Future World” i “I Want Out”. Przyznaję jednak, brakowało w tych momentach wokalu Michaela Kiske i wolałbym zamiast nich usłyszeć coś z najlepszego albumu z Derisem, “Better Than Raw”, który od lat jest ignorowany w koncertowym repertuarze grupy. Niestety występ był dość krótki, raptem półtorej godziny, tak więc niektóre utwory słyszeliśmy we fragmentach w składance. Szkoda, bo hitów takich jak jak “Sole Survivor”, “I Can” czy “Halloween” należy słuchać w całości.

Niemniej jednak radości z rehabilitacji zespołu nie było końca. Chyba nie ja jeden ją czułem, bo reakcja publiczność oszałamiała. Chóralne śpiewanie tekstów i melodii większości kawałków, ścisk i szał pod sceną…. Zabawny był widok dwóch starszych panów (jeden z obowiązkowym wąsem), którzy w trakcie pierwszych kawałków poprosili kogoś o zrobienie sobie zdjęcia z zespołem grającym w tle. Pewnie trafi do rodzinnego albumu.

DSC_0122

W roli gościa specjalnego wystąpili Rage, którzy niegdyś, w Krakowie w roku 2003, zmietli Helloween ze sceny. Tym razem się to nie udało, choć cieszy mnie, że Peavy Wagner radzi sobie dobrze, mimo zmiany składu grupy. Krótki set skupiony był na klasykach z połowy lat 90., w tym kilku utworach z pamiętnego albumu “Black in Mind”, więc było przy czym poskakać. Supportem byli pochodzący z UK Crimes of Passion. Ta mieszkanka klasycznego hard rocka, w amerykańskim wydaniu, z heavy metalem nie była jednak zachwycająca.

tekst i foto: Igor Waniurski