Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z koncertu Feed the Fire, Fan the Flame we Wrocławiu

Wiadomość o trasie koncertowej z udziałem zespołów Dom Zły, In Twilight’s Embrace i Blaze Of Perdition była jedną z najlepszych jakie mogła spotkać rodzimą scenę metalową podczas trwającej zimy. Poznaniacy wydani niedawno doskonale przyjęty album “Vanitas”, który tylko zaostrzył apetyt i zapotrzebowanie na występy grupy na żywo. Blaze Of Perdition z podobną regularnością wydają znakomite albumu, czego zeszłoroczny “Conscious Darkness” jest znamienitym przykładem. Z kolei Dom Zły, wchodzący z buta w zeszły rok debiutanci, rodzili ciekawość, jak sprawdzają się w tym składzie na scenie. Słowem, to nie mogło się nie udać i każdy z dziesięciu zaplanowanych występów miał potencjał na metalowe wydarzenie sezonu.

Nie inaczej było we wrocławskim klubie Liverpool, który, choć może nie wyprzedany, tłumnie zgromadził fanów ambitnego metalu. Jako pierwsi na scenie pojawili się Puławianie, serwując ciężką jak walec i przejmującą sztukę. Kontrastowało mi nieco spokojne sceniczne zachowanie zespołu, zwłaszcza wokalisty Krzysztofa, z silnie emocjonalną, pełną rozpaczy muzyką. W twórczości spotykają się różne stylistyki, ni to hardcore, black czy post metal, a ta różnorodność jeszcze bardziej uwypuklona została na żywo. Występ był dość krótki i zachęcał do oczekiwania na pełnowymiarowy materiał zespołu.

 

 

 

Poznaniacy z In Twilight’s Embrace to ukonstytuowana już ekipa. Bez zbędnych ceregieli przyładowali swoją wizją death metalu, w której nadal pobrzmiewają echa szwedzkiej szkoły takiego grania. Żaden to zarzut, gdyż inspiracje nie przesłaniają oryginalności (a ITE to zespół z rozpoznawalnym i własnym brzmieniem), a materiał taki jak “Vanitas” czy “The Grim Muse” stanowi jakość, której osiągnięcie dla In Flames czy Dark Tranquility byłoby obecnie poza zasięgiem. Cyprian zgolił bokobrody, co pewnie będzie istotną dla niektórych informacją. A mówiąc poważnie, charyzmą i dozą szaleństwa, tak pożądaną na scenie przez wykonawców tego rodzaju muzyki, mógłby obdarzyć bodaj ze trzech innych frontmanów. Muzycy skupili się na materiale z ostatniego albumu, wrzucając tylko pojedyncze kawałki z przeszłości i świetne wykonanie “Opowieści zimowej” Armii (znamy je z epki “Trembling”). Energia i dostojeństwo z którymi zagrali koncert było godne podziwu. Miażdżące i porywające brzmienie oraz zero jakiejkolwiek napinki, sceniczna autentyczność. Wszystko to spowodowało, że ta niecała godzina była czystą przyjemnością, tyle że w zbyt małej dawce. Po prostu chciałoby się jeszcze i dłużej. Do następnej okazji.

Blaze Of Perdition po raz pierwszy widziałem rok temu, w roli supportu przed koncertem Triptykon. Było to udany występ, ale przyznaję, nie na tyle, żeby przygotować mnie na to, co usłyszałem na deskach Liverpoolu. Tymczasem, zespół od pierwszych do ostatnich dźwięków, zespół wykreował szczególną atmosferę, nieco odrealnioną i magiczną, jakiej dostarczyć mogą chyba tylko najwybitniejsi artyści i to w szczególnych okolicznościach. Raptem pięć utworów (choć wiemy, że grupa raczej trzy minutowych hitów nie serwuje), z czego trzy z ostatniego albumu. Wszystko to okraszone konkretnym brzmieniem i jeszcze bardziej spotęgowaną niż w wersjach studyjnych dawką różnorodnych emocji. Poważnie, Blaze Of Perdition dzisiaj na scenie odprawiają jakby rytuał, do którego nie potrzeba jednak żadnych rekwizytów. Za komunikat wystarczył tylko muzyka, podana w sposób bezpardonowy i natchniony. Uwypuklona w stosunku do płyty została też rola gitary prowadzącej, często dogrywającej swoje do głównych tematów. Można by się przyczepić, że podobnie jak w przypadku wcześniej występującego zespołu, misterium to było zbyt krótkie. Lepiej jednak zostać z uczuciem niedosytu, niż wychodzić z koncertu znużonym. O tym jednak nie mogło być mowy. Następna okazja do spotkania z Blaze Of Perdition na Metalmanii. Nie może mnie tam zbraknąć.

Tekst: Igor Waniurski
Foto: Henryk Michaluk (Air Drift Photography)