Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z Metalmanii 2018 w katowickim Spodku

 Metalmania 2018 – 07.04.2018, Spodek, Katowice

 

Po wielu pozytywnych, chwalących słowach relacji tego co wydarzyło się w ostatnią sobotę w katowickim Spodku, czas na niedługi tekst ode mnie. Na wieść o kolejnej edycji Metalmanii po ubiegłorocznym powrocie, fanów ciężkiego brzmienia zelektryzowała ciekawość składu festiwalu. Większa część została usatysfakcjonowana kolejnymi doniesieniami organizatorów, ale znaleźli się i malkontenci, którzy narzekali na zbyt małą różnorodność zespołów lub brak zespołów grających tradycyjny heavy metal. Mnie jak najbardziej odpowiadał line-up festiwalu, a więc udałem się do stolicy Śląska gotów na fantastycznie metalowe doznania.

Zatem faktycznie było ciężko, ekstremalnie i mocno. Przewodniczył głównie death i black metal oraz nieco thrashu. Wiedząc, że i tak nie dam rady zobaczyć wszystkich występów, przybyłem do Spodka około godziny 16. Organizatorzy przygotowali naprawdę pełen zestaw wydarzeń w taki sposób, że wszystkiego nie sposób byłoby doświadczyć. Tam gdzie kończył się koncert, już na drugiej scenie rozpoczynał się następny. A jeszcze stoiska z płytami i gadżetami… Najpierw postanowiłem sprawdzić co przygotowali organizatorzy spoza muzycznych doznań koncertowych. Można było odwiedzić stoiska labeli: Pagan Records, Arachnophobia, Selfmadegod, Old Temple. Wystawiło się także wydawnictwo In Rock, sklep Malignant Voices, Hellshop, Unquiet Records, Rock’n’Roll Tattoo Katowice. Wszystko to w przyjaznych, promocyjnych cenach. Im więcej płyt się kupiło, tym mniejsza cena za jedną. Można było doszukać się nie jednego rarytasu.

Dead Congregation, fot. Kary Rokity

Czas festiwalowych występów spędziłem głównie przy dużej scenie. Uczestniczenie w  koncertach rozpoczęło się dla mnie od greckiego zespołu death metalowego Dead Congregation. Oceniając wizualnie, zespół zagrał koncert zawodowo. Słyszałem o wielu bardzo dobrych opiniach. Niestety mnie nagłośnienie wydało się stłumione (na pewno w miejscu w którym stałem), więc po kilku utworach wróciłem do korytarza Spodka obejrzeć resztę wystawców labeli.  Natomiast australijski Destroyer 666 konkretnie dołożył do pieca imprezie. Scena została rozświetlona czerwonymi światłami nawiązującymi zapewne do ostatniej, bardzo udanej EPki zespołu „Call of the Wild”. Brzmienie zespołu zostało wspaniale i mocno nagłośnione. Wyśmienicie było posłuchać ich świetnego materiału. Fantastyczny utwór Trialed by Fire, który zespół zagrał jako przedostatni z setu, przyprawił mnie o, można rzecz, podniosłe metalowe emocje. Był też mocny i genialny Lone Wolf Winter (z fantastycznymi, niemal folkowymi zaśpiewami), diabelski Sons of Perdition, I am a Wargod (Ode to the Battle Slain), a z najnowszej płyty Wildfire.

Bardzo ciepło zostało przyjęte wejście na scenę Kata z mistrzem Romanem Kostrzewskim. Fani zespołu odśpiewali niemal wszystkie stare kawałki Kata. A zagrali m.in. Mag-Sex, Diabelski Dom cz.II oraz piękny Głos z ciemności z trzeciej płyty grupy (1988), nowszy Milczy trup, Piwnicze widziadła. Na koniec zespół zagrał Wyrocznię. Oczywiście oglądaliśmy Kostrzewskiego w swoich klasycznych naelektryzowanych pląsach na scenie. Przyjemnie było obejrzeć naszą rodzimą legendę muzyki metalowej na kolejnej Metalmanii. Ucieszyło mnie bardzo to, że zespół wykonał także balladę, klasyka Łzę dla cieniów minionych zadedykowaną zmarłym bliskim. Niekiedy wokal troszkę „uciekał” w potężnym brzmieniu, ale pomimo tego i tak był to bardzo udany występ. Petarda!

Kat & Roman Kostrzewski, for. Kary Rokity

Mimo tego, że w tym czasie postanowiłem oglądać występy z pozycji trybun, koncert Holendrów z legendarnego Asphyx zniszczył wszystko. Grupa na maksa wyluzowana dała porządny, mocny death metalowy wpierdol. Koncert wykonany zawodowo. Żaden z muzyków nie oszczędzał się aż do końca ostatniego kawałka. Zespół widziałem pierwszy raz, więc usłyszeć tak legendarne gardło metalu śmierci było świetnym przeżyciem – mowa tu oczywiście o Martinie van Drunenie. Zaczęli od klasyka Vermin, był Asphyx (Forgotten War)  jak i Last One on Earth (na sam koniec) z tej samej płyty. Pojawiły się kawałki nowsze jak Deathhammer, Death the Brutal Way. Fani bawili się wybornie dziko, jak widziałem z góry. Moshpit fantastycznie się prezentował. Martin wspomniał właśnie o świetnym przyjęciu polskich fanów i klimacie Metalmanii. Było grubo.

Gwiazda wieczoru, jaką został ogłoszony legendarny zespół drugiej fali black metalu Emperor, zaprezentowała się wprost fenomenalnie. Był to świetnie zgrany i przygotowany występ zespołu black metalowego. Wszystko tu grało jak w szwajcarskim zegarku. Świetne gry świateł robiły swoją robotę, wpasowując się w klimat muzyki Cesarza. Wspaniale było wysłuchać wykonania na żywo albumu „Anthems to the Welkin at Dusk”. Aranżacje były nieco zmienione, ale zespół naprawdę pozamiatał. Oczywiście na początek klimatyczny Al Svartr (The Oath), aż po The Wanderer. Po zagraniu wspomnianego materiału, Emperor zagrał jeszcze Curse You All Men!, The Majesty of the Nightsky, fenomenalny I am the Black Wizards oraz na koniec Inno a Satana. Występ miał w sobie niezwykłą moc, którą potęgowała świetna oprawa świetlna sceny, ale także te dodatkowe brzmienia melodyczne klawiszy. To co najbardziej lubię w tej muzyce, to te niesamowicie klimatyczne zwolnienia tempa po mocnej i ciężkiej ścianie dźwięku z wydzierającym z cierpienia screamem. Bardzo dobry koncert, godny headlinera tej fantastycznej imprezy jaką jest Metalmania.

Emperor, fot. Kary Rokity

Napalm Death zrobił co trzeba. Skopał wszystkim tyłki. Z jednym oświetleniem sceny zespół wprowadził tłum w szaleńcze pląsy. Elektryczny taniec Barneya (ile on ma energii), a pomiędzy numerami wypowiedzi antysystemowe, zapowiadając kolejne kawałki. Były m.in.:Scum, You suffer, Suffer the Children. Pojawiły się również dwa covery. Jeden Dead Kennedys Nazi Punks Fuck Off, a drugi Anti-Cimex Victims of the Bomb Raid. Było czadowo i na koniec zabawnie (piosenka Happy Pharella Williamsa w czasie żegnania się zespołu).

Napalm Death, fot. Kary Rokity

Na ostatnim koncercie XXIV Metalmanii pozostało już nie wielu wyznawców metalu. Zmęczenie i natężenie dźwięku sprawiają, że faktycznie „metal to nie rurki z kremem”. Polski zespół Blaze of Perdition zamknął swoim występem tegoroczną odsłonę katowickiej Metalmanii. Grupa wydała w zeszłym  roku bardzo dobrze przyjęty album „Conscious Darkness” z której zagrali połowę materiału: Ashes Remain oraz Detachment Brings Serenity. Ich bardzo mroczny black metal bardzo wpasował się w zakończenie festiwalu.

Goścmi festiwalu byli Christophe Szpajdel oraz Krzysztof „Prosiak” Owedyk. Ten pierwszy tworzy loga dla zespołów. Wystawę jego prac można było obejrzeć w Spodku. Ten drugi to autor komiksów, grafik, który stworzył kultowy komiks „Będziesz się smażyć w piekle”.  Z Prosiakiem można było uścisnąć dłoń, zrobić sobie zdjęcie, wziąć autograf czy kupić jego prace.

Nie lada gratką dla fanów zespołów występujących na Metalmanii była możliwość spotkań z zespołami. W salce w Spodku można było zebrać autografy od Wolf Spider, InSammer, Kat, Destroyer 666, Emperor, Xentrix, Skyclad, Napalm Death, Mekong Delta, Asphyx, Dead Congregation.

Słysząc kilka zapowiedzi koncertowych, stwierdzam, że panu Szubrychtowi bardzo udała się konferansjerka na tegorocznym festiwalu.

Dziękuję organizatorom i do zobaczenia za rok!

tekst: Łukasz Krawiec

zdjęcia dzięki uprzejmości: Kary Rokity