Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z koncertu Orphaned Land w Krakowie

Pomimo tego, że Orphaned Land znam i słucham już od kilkunastu lat, nigdy nie miałem okazji zobaczyć jak grupa radzi sobie na żywo. Gdy po raz kolejny taka okazja się pojawiła (nie mogę odżałować, że ominąłem wrocławski koncert z jesieni 2016 roku), wiedziałem, że nie odpuszczę. I dobrze, bo organizowany przez, obchodzącą pięciolecie działalności ekipę Iron Realm Productions koncert, okazał się jednym z najlepszych, jakie ostatnio widziałem.

Jako pierwsi na scenie pojawili się rumuńscy muzycy z Dirty Shirt. O swojej twórczości mówią folk-core i, choć nigdy nie słyszałem określenia o podobnym gatunkowo ciężarze, przyznaję, że dobrze naprowadziło ono na dźwięki. Dirty Shirt grają metal wzbogacony o coś, co zapewne jest rumuńską, bądź szerzej, bałkańską muzykę ludową, w dodatku o dzikim, punkowym wydźwięku. Skoczne dźwięki okraszone przesterami dość szybko porwały publikę (na razie niezbyt liczną) do zabawy. W zespole udziela się dwóch wokalistów, starających się robić niezłe show. Widać było jeszcze brak scenicznego obycia, mimo to, koncert wprowadził dobry, zabawowy klimat. Okazało się też, że skrzypce całkiem nieźle współbrzmią z rockowym instrumentarium.

Jako kolejni wystąpili pochodzący z Izraela Subterranean Masquerade, wykonujący metal progresywny. Nie jest to pełne określenie, albo po prostu mylące. Na pewno nie była to muzyka nastawiona na wykonawcze technikalia pokroju Dream Theater. Choć zespół grał dynamicznie i werwą, więcej tu było klimatu i nastawienia na operowanie atmosferą. Klawisze stanowiły raczej tło, bez spektakularnych solówek. Kapitalną robotę robili gitarzyści, grając dosadnie ale i oszczędnie. Największe wrażenie zrobił na mnie jeden z wokalistów (zgadza się, był to kolejny zespół z dwoma frontmanami), mający w sobie energię Bruce Dickinsona i głos o skali bodaj Pattona. Zresztą, nawiązania do Faith No More słychać było również w muzyce. Facet szalał po całej scenie, będąc ciągle w centrum uwagi. Wspinał się na kolumny, skakał to tu, to tam. Przy tym całym gwiazdorzeniu oczywiście znakomicie śpiewał. Jego kolega odpowiadający za growling nie robił takiego wrażenie i odniosłem wrażenie, że bez jego udziału muzyka niczego by nie straciła. Znakomity koncert i świetna okazja do zapoznania się z tym interesującym zespołem.

Włoska Lunarsea grała melodyjną odmianę death metalu, w której nietrudno było usłyszeć echa szwedzkiej sceny takiego grania. Tempa były zabójcze, riffy miażdżące a wszystko to przewijane melodyjnymi fragmentami, czy to wokalnymi (w wykonaniu basisty) czy instrumentalnymi. Niestety, choć tak naprawdę trudno się do czegoś przyczepić, występ grupy mnie nie porwał. Nawet nie chodzi o niespecjalnie świeżą muzykę – przecież trudno na nowo wymyślić koło, ale chyba po prostu stylistycznie zbytnio odbiegali od pozostałej trójki. W każdym razie, Lunarsea wydała się najsłabszym ogniwem tego wieczoru.

Orphaned Land zaczęli krótko po godzinie 22:00 i od pierwszych dźwięków był to koncert porywający. Mimo, że kilka lat temu posypał się skład i krótkim czasie odeszli gitarzyści będący współzałożycielami zespołu: Matti Svatitzki i Yossi Sassi, to, nie wnikając w powody rozstania, zastępujący ich muzycy spisali się znakomicie. Orphaned Land na scenie okazali się być wypadać doskonale. Próżno szukać frontmana równie doskonałego jak Kobi Farhi – obdarzonego świetnym głosem i charyzmą pozwalającą na utrzymywanie doskonałego kontaktu z publicznością. Orientalnie brzmiące fragmenty muzyki grupy na żywo zyskały dodatkowego wyrazu i ubolewać tylko wypada, że dodatkowe instrumentarium z jakiego grupa jest znana (np. bouzouki) leciało z sampli. Trudno jednak wymagać, by grupa jeździła w trasie z dodatkowymi osobami obsługującymi tego typu sprzęt. Mimo, że koncert nie był wyprzedany to publiczności było całkiem sporo i reagowała na muzykę entuzjastycznie. Co ciekawe, znalazło się trochę ludzi spoza Polski, co wzmogło atmosferę międzykulturowego, muzycznego święta. W setliście dominował materiał z ostatniego album – razem sześć kawałków, w tym singlowy “Like Orpheus” dedykowany spotkanej przez zespół dziewczynie z Jordanii, studiującej w Krakowie. Wielbiciele klasycznego już krążka “Mabool: The Story of the Three Sons of Seven” ucieszyli się zapewne z czterech kawałków, zwłaszcza zagranego na bis “Norra el Norra”. To już ich koncertowy hicior. Przez cały występ czuć była tę radość z celebracji muzyki, niezależnie od swojego kraju pochodzenia, kultury czy wyznania (bądź jego braku). Rzadko podczas koncertu miewam odczucie uczestnictwa w czymś więcej niż tylko odgrywaniu muzyki a tutaj miało się wrażenie niemal spotkania z przyjaciółmi, którzy wpadli trochę opowiedzieć o swoim życiu. Cenne doświadczenie, mam nadzieję, że do powtórzenia.

Tekst i zdjęcia: Igor Waniurski