Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Relacja z koncertu Cradle Of Filth i Moonspell w Krakowie

Wspólna trasa Cradle Of Filth i Moonspell zbiegła się ze szczególnym okresem dla obu tych zespołów. Pierwsi, o statusie tyle gwiazdorskim co dla niektórych będącym powodem do szyderstw i odsądzania od true (serio, w roku 2018 nadal są tacy), od kilku lat sukcesywnie odbudowują swoją pozycję. Zastąpienie Paula Allendera przez kreatywnego i utalentowanego gitarzystą Richarda Shawa okazała się strzałem w dziesiątkę, a dwa ostatnie albumy, w przeciwieństwie do właściwie każdej płyty wydanej w okresie 2006 – 2014, są powrotem do wysokiego, rozrywkowego poziomu. Portugalczycy spod znaku księżyca, choć utrzymujący w ostatniej dekadzie solidny, wysoki poziom, porwali się ostatnio na nagranie krążka, który z powodów osobistych i sentymentalnych, może być dla nich tym najważniejszym. Tak, wspólna celebracja sukcesów, dodatkowo podkreślana słowami wzajemnej sympatii padającymi ze sceny, była niezłą gratką dla publiczności zgromadzonej w krakowskim klubie Kwadrat.

Dodać wypada, że na kilkanaście dni przed wydarzeniem okazało się, że koncert został wyprzedany, podobnie jak kilka innych na trasie. Rzeczywiście, w klubie były tłoczno, choć chyba nie były to tłumy równie gęste co na październikowym występie Satyricona. Punktualnie o dziewiętnastej na scenę wkroczyli Moonspell, czy może raczej trzeba napisać – Fernando Ribeiro, z górniczą lampą i w kostiumie, śpiewający „El Nome de Medo” do odgrywanego podkładu. Gro materiału tego wieczora pochodziło z niedawno wydanej płyty „1755”, niemal w całości śpiewanej w ojczystym dla Portugalczyków języku. Tematyką albumu są inklinacje spowodowane trzęsieniem ziemi, które w tytułowym roku poważnie zniszczyło Lizbonę i było wydarzeniem znacząco się odbijającym na nastrojach społecznych i filozoficznych południa ówczesnej Europy. Nawet nie znając tej historii, można byłoby odczuć, że opowiadane wydarzenia są czymś istotnym dla zespołu – widziałem Moonspell już kilka razy, ale takiej pasji i zaangażowania, i tak charyzmatyczny przecież wokalista, wcześniej nie prezentował. Fernando wierzgał i szalał po całej scenie, to na nią padał, czy rzucał się na kolana, całym sobą oddając się scenicznej pasji. Ryczał jak lew, albo śpiewał głębokim głosem, w zależności od potrzeby. Reszta zespołu również się nie leniła, zwłaszcza basista Aires Pereira i grający na gitarze Ricardo Amorim dali się ponieść emocjom. Obfity wybór kawałków z nowego albumu uzupełniły klasyki: chóralnie odśpiewane „Opium”, „Alma Mater” i podniosłe „Full Moon Madness”. Z późniejszych wydawnictw usłyszeliśmy tylko „Night Eternal”. Przyczepić się można było do dźwięku, gdyż przez pół koncertu prawnie nie słychać było gitary rytmicznej, natomiast bębny trochę zagłuszały resztę orkiestry. Nie wiem też czy potrzebne były rekwizyty, których używał wokalista – przedwiekowa maska przeciwzakaźna (taka z ostrym dziobem, kojarzycie z filmów kostiumowych z akcją osadzoną w poprzednich stuleciach) czy święcący laserami krzyż. Uważam, że takie gadżety są kiczowate i wybijają z atmosfery koncertu. No, ale to może moje dziwactwa, bo za ruchomym Eddiem podczas spektakli Iron Maiden również nie przepadam. Mimo to, był to świetny koncert, który rozbudził oczekiwanie na pełny występ grupy – ten trwał raptem godzinę.

Cradle Of Filth od dawno dostarczali niezwykle barwnego scenicznego szaleństwa, choć o wykonawczym poziomie grupy przed laty mówiło się różnie. Nie jest pierwsza to wspólna trasa Anglików i Portugalczyków i, o ile pamiętam, również podczas krakowskiego koncertu takiego zestawu w 2009 roku, Moonspell totalnie zdominował Kredki. Od czasu zmiany składu, brytyjscy mistrzowie wiktoriańskiego horroru dostarczają jednak równych i zadowalających występów. Taki był i ten, energetyzujący od pierwszych do ostatnich minut. Dający radość niczym sprawny rzemieślniczo filmowy horror z Hollywood (wiem, ostatnio takich kręci się mało) i zostawiający z poczuciem dobrej rozrywki, nawet jeśli nie spowodował jakiejś szczególnej muzycznej ekstazy. Już o tym wspominałem, ale dużo również do scenicznego wizerunku wniósł Richard Shaw, będący charyzmatycznym gitarzystą, doskonale utrzymującym kontakt z publicznością. Dodatkowo w jego zachowaniu widać było trochę szaleństwa i nieprzewidywalności, co kontrastowało z raczej wystudiowanymi pozami mistrza ceremonii, Daniego. Drugą osobą, na którą warto było zwrócić uwagę, była grająca na klawiszach oraz świetnie śpiewająca Lindsay Schoolcraft. Dziewczyna miała chyba największą radochę spośród wszystkich obecnych na scenie. Pozostali muzycy, z Czechami Markiem Smerdą i Martinem Skaroupką na gitarze i perkusji oraz Danielem Firthem grającym na basie robili solidne tło. Marek grał świetne gitarowe sola. Natomiast Dani, cóż, zespół to jego dziecko i wymysł, jednak przyznać muszę, że przenikliwe piski w jego wydaniu bywają po prostu irytujące. W sumie to nic nowego, specyficzny styl jego jako wokalisty nie jest zaskoczeniem i albo bierze się go z dobrodziejstwem inwentarza, albo słucha wokalistki. Zagrali trzy kawałki z nowej płyty, doskonałe „Heartbreak and Seance”, „Achingly Beautiful” oraz „You Will Know the Lion by His Claw” oraz wybór z wcześniejszych dokonań. Nie zabrakło „Dusk And Her Embrace” czy „From The Cradle To Enslave”, ale fani najwcześniejszych dokonań zespołu mogli czuć się trochę niedowartościowani. Z drugiej strony, trudno oczekiwać aby zespół odcinał tylko kupony od dawnych dokonań. Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko, że w przeciwieństwie do koncertów w Warszawie i Gdańsku, w Krakowie zabrakło Sacreligium w ramach supportu.

Tekst i zdjęcia: Igor Waniurski