Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Wywiad z Paulem Masvidalem

„Staramy się przekraczać granice” – wywiad z Paulem Masvidalem (Cynic, Death, Aeon Spoke)

W połowie listopada byliśmy świadkami niecodzinnego wydarzenia. Na dwa koncerty do Polski przyjechał Death To All,paul dzisiejsza inkarnacja legendarnego już zespołu Death. Można zadawać sobie pytanie, ile w tym sensu, skoro lider i główny kompozytor legendy metalu, Chuck Schuldiner nie żyje od 2001 roku. Niemniej jednak trasa, powstała z inicjatywy fanów, z której część dochodu przeznaczona jest dla Fundacji „Sweet Relief”, pomagającej amerykańskim muzykom pozbawionym ubezpieczenia medycznego, jest najlepszą możliwością do zapoznania się z tym, jak ta znakomita muzyka prezentuje się na żywo. Bez obaw o ściemę. Na scenie stanęli muzycy współodpowiedzialni za sukces Death na ich przełomowym albumie „Human” z 1991 roku – Steve DiGiorgio (bas), Sean Reinert (perkusja), Paul Masvidal (gitara). Dwaj ostatni znani oczywiście również z innej legendy technicznego i progresywnego grania – zespołu Cynic. Partie wokalne i gitarowe Chucka wziął na siebie Max Phelps, na co dzień podpora koncertowego składu Cynic.

Na okoliczność tych wyjątkowych koncertów, wspomnień z czasów Death ale i nowej płyty Cynica, rozmawialiśmy z szefem zespołu, gitarzystą i wokalistą Paulem Masvidalem.

Igor Waniurski: Od kilku dni jesteście na trasie. Jak leci?

Paul Masvidal: Świetnie. Wszystko jest w najlepszym porządku.

 

Czy możesz opowiedzieć mi o genezie Death To All?

Zaczęło się od kilku pojedynczych koncertów w USA. Dwóch fanów Death z Kalifornii postanowiło złożyć zespół do kupy. Koncerty wyszły tak dobrze (mowa o występach z 2012 roku – przyp. red.), że postanowili robić to dalej. Po raz pierwszy jesteśmy na pełnej trasie po Europie, mimo że innych line-up Death To All dał już wcześniej jeden koncert w Holandii (czerwiec obecnego roku; Death To All ma być projektem, w który będą zaangażowani różni muzycy, występujący w całej karierze Death – przyp. red.). Ale to była rzecz, która zaczęła się od inicjatywy fanów, a ideą było zebranie pieniędzy na organizację o nazwie „Sweet Relief”, która pomaga amerykańskim muzykom w zdobyciu ubezpieczenia zdrowotnego (duża część artystów w USA nie jest ubezpieczona i ma problemy z opłaceniem leczenia czy rehabilitacji – przyp. red.). oczywiście chcieliśmy też uhonorować Chucka i pokazać zespół tym fanom, którzy nie mieli szans widzieć go przed laty. To doświadczenie możliwie bliskie temu, jak Death grał w przeszłości.

 Przenieśmy się teraz w przeszłość, do końca lat 80…

Odległa przeszłość (śmiech)

Jak ci się znowu gra stary materiał?

Zaskakujące jest to, że on wcale nie brzmi staro! Jak wiesz, nie jestem aktywny na scenie deathmetalowej od dawna… Ale Chuck pisał dobre utwory, które do dziś dobrze brzmią. I mimo, że są to kawałki sprzed wielu lat, to nie brzmią jak starocie. To świetne i dla mnie osobiście bardzo interesujące, bo w życiu nie myślałem, że będę grał znowu taką muzykę. Tym bardziej nie sądziłem, że będę grał utwory Death bez Chucka. Nigdy nie było o tym mowy. To jest niespodzianka.

 Gdy byłeś nastolatkiem, jeszcze przed albumem „Human”, grałeś z Death jako gitarzysta na trasie. Jak do tego doszło?

Byliśmy z Chuckiem przyjaciółmi. Pisaliśmy do siebie listy. Tak wtedy wyglądała scena metalowa, pisało się listy, wymieniało demówki. W ten sposób się zaprzyjaźniliśmy. Potem jeździłem do niego, a on do mnie. Mieszkaliśmy jakieś trzy i półgodziny drogi od siebie. Słuchaliśmy wspólnie muzyki i po prostu przyjaźniliśmy się.

  Jak ci się pracowało z Chuckiem? Jakim był człowiekiem? 

W sumie był bardzo na luzie. Był dobrym przyjacielem. Miał jasno sprecyzowaną wizję tego, co chciał robić jako muzyk, jak jego muzyka miała brzmieć. Pewien stres zaczynał się wtedy, gdy zaczęliśmy jeździć w trasy. Denerwowała go biznesowa część rynku muzycznego. Był wrażliwym na wiele różnych rzeczy człowiekiem. Interesowało go pisanie muzyki a nie zajmowanie się biznesem. Do tego miał serce. Muzyka była jego pasją.

 Jego choroba a potem śmierć była szokiem dla całej sceny. Zaczęto wtedy powszechnie mówić o problemach z ubezpieczeniem zdrowotnym muzyków w USA.

Tak, ale nie jestem pewien czy ubezpieczenie zmieniłoby to, co się stało. Chuck otrzymał bardzo dobrą pomoc medyczną. Miał jednak bardzo agresywną odmianę raka mózgu. Nowotwór mózgu jest taką chorobą, jakiej zdecydowanie nie chciałbyś dostać. Ma bardzo niskie przewidywania co do przeżycia. Nie można było zbyt dużo zrobić. Nie można więc winić o to systemu. Problem był w chorobie, szybko postępującej, agresywnej. Niestety medycyna nie jest jeszcze na tyle zaawansowana, by móc wyleczyć wszystkie przypadki. Chuck próbował wszystkiego, miał dobrą pomoc.

 Wróćmy do aktualnych koncertów. Gracie też utwory z albumów wydanych po „Human”.

Tak, gramy kawałki z każdej płyty Death.

Sam wybierałeś setlistę?

Wszyscy braliśmy w tym udział.

Skupiliście się na swoich ulubionych kawałkach?

Wysyłaliśmy do siebie mnóstwo maili. Było tak dużo numerów, z których mogliśmy wybierać… Wydaje mi się, że Steve (DiGiorgio, basista – przyp. red.) miał najwięcej do powiedzenia, gdyż grał na późniejszych płytach zespołu. Pozwoliliśmy mu być szefem w tym temacie.

 Dlaczego nie chciałeś kontynuować współpracy z Chuckiem po nagraniu „Human”?

Po nagraniu albumu chciałem wrócić do swojego zespołu, do Cynic. Przekładaliśmy ciągle nagrania Cynic, a to ten band był tym, dla którego moje serce biło mocniej. Death to była przecież wizja Chucka. Ja natomiast chciałem robić coś, co będzie moje własne. Czułem, że całą swoją energię chcę poświęcić Cynic.

 Chciałbym zadać więcej pytań o Cynic, jeden z moich ulubionych zespołów. Widziałem was na żywo, w Krakowie, podczas Knock Out Festival w 2009 roku. Pamiętasz ten koncert?

Tak, oczywiście. Był świetny. Pamiętam, że graliśmy wtedy z Voivod.

W lutym przyszłego roku wydajecie nowy album, „Kindly Bent To Free Us”. Co dla ciebie znaczy ten tytuł?

To metafora umysłu, świadomości. Cały album dotyczy świadomości, reprezentuje to więc też okładka. Świadomość jest czymś bardzo skomplikowanym, składa się nań wiele złożonych komponentów. Widzę to tak, że jeśli uda nam się jej „dotknąć”, stanie się czymś namacalnym, z czym mamy kontakt, może to być źródłem osobistej wolności. Czymś, co czyni nasze życie bardziej zdrowym. Nowa płyta to podróż przez świadomość, stąd też taki jej tytuł.

okladka_kindly_bent

 Wydaje mi się, że zainteresowanie filozofią i podobna tematyka tekstów była czymś, co łączyło ciebie i Chucka.

Tak, mam wrażenie, że teksty Chucka ewoluowały przez lata. Zainteresował się filozofią i tematami dotyczącymi kondycji psychicznej człowieka. W innych rzeczach się różniliśmy, ale do pewnego stopnia nas obu interesowała podobna tematyka.

 Powiedz mi coś o muzyce na nowej płycie. Wasz drugi album, „Traced In Air”, bardzo się różnił od debiutu…

Według mnie jest bardzo mocny od samego początku. To album nagrany przez trio. Trio grające rocka progresywnego. Przeze mnie, Seana Reinerta i Seana Malone (odpowiednio: perkusista i basista – przyp. red.). Jest bardzo surowy i bezpośredni. Są też elementy ambientowe grane na klawiszach czy gitarach. Ale przede wszystkim dużo warstw złożonych z partii wokalnych. Album jest bogaty wokalnie. Jestem nim bardzo podekscytowany. To zupełnie nowa rzecz dla zespołu. Jest może jeden utwór, który brzmi jak znak firmowy Cynic. Reszta jest poszukiwaniem nowych przestrzeni.

 Można dostrzec rozwój na każdej z waszych płyt. Na mini-albumie „Carbon Based Anatomy” są elementy world music, muzyki etnicznej. Czy na nowej płycie też znajdują się podobne klimaty?

Jest może jeden czy dwa momenty o podobnej atmosferze. Jednak całość to coś nowego, nowy sound Cynica. Nie wiem nawet jak to wytłumaczyć, ciężko jest mi być obiektywnym. To zapis tego, gdzie jesteśmy w tym momencie. Zawsze staramy się rozwijać i przekraczać własne granice.

 Wróćmy do waszego debiutu, płyty „Focus” z 1993 roku. Teraz uznawanej za klasyk, album przełomowy dla death metalu, metalu progresywnego czy muzyki w ogóle. Co sądzisz na temat jego odbioru gdy został wydany?

Byłem wtedy mocno zdołowany, bo nie radził sobie za dobrze. Wielu ludzi po prostu nie rozumiało tego co robiliśmy. To było smutne. Było trochę osób, tu i tam, do których ta muzyka przemawiała. Dla większości jednak okazało się zbyt to trudne, bo nie pasowaliśmy do żadnych kategorii. Szczególnie w tamtych czasach, ludzie tworzący scenę metalową mieli strasznie ograniczone horyzonty, chcieli cię wrzucać do szufladek. A my do żadnej nie pasowaliśmy. Mieliśmy przez to problemy z prasą i publicznością, bo ludzie nie wiedzieli co o nas myśleć. Dzisiejsza scena wydaje się być bardziej otwarta, jest większe zainteresowanie muzyką eksperymentalną. Wtedy jednak nie pasowaliśmy do żadnego miejsca w obrębie sceny. Było więc trudno.

okladka_focus

 Byłeś zawiedziony takim odbiorem „Focus”?

Tak, miałem złamane serce. Włożyłem tyle z siebie w tę muzykę. I nawet jeśli artyści twierdzą, że nie mają oczekiwań co do odbioru swoich dzieł, bo nie robią tego dla rezultatu, tylko dla samego procesu tworzenia… to wtedy, zwłaszcza, że byłem znacznie młodszy, po prostu chciałem żeby ludzi to polubili (śmiech). A tak się nie stało. Do tego biznes muzyczny był bardzo przytłaczający, składało się na to wiele rzeczy. Chcieliśmy być artystami, nie myśleć o biznesowej stronie tego wszystkiego. To chyba dlatego wtedy się rozpadliśmy.

 Powiedziałeś, że chciałeś aby ludzie lubili muzykę. Teraz nie myślisz o tym jak ludzie odbierają twoją twórczość?

Do pewnego stopnia myślę, ale teraz znacznie lepiej rozumiem też to, czym się zajmuję. Myślę, że wszyscy chcą, aby ich praca była dobrze postrzegana. Jednak teraz bardziej jestem zainteresowany samą twórczością i nie fiksuję się na tym, jaka jest jej prezencja czy co ludzie myślą. Interesuje mnie tworzenie dobrej sztuki.

Po wydaniu „Focus” Cynic przestał istnieć na kilkanaście lat. Zrobiliście to dlatego, bo ludzie was nie zaakceptowali? 

Złożyła się na to kombinacja wielu powodów. To był oczywiście jeden z nich. Biznes muzyczny był przytłaczający. Czuliśmy, że tu już nie chodzi o muzykę. Czuliśmy, że biznes obniża naszą wartość, stajemy się tanim produktem. Nie tylko zresztą my. Poza tym pracowałęm z Cynic odkąd miałem 12-13 lat, kiedy poznałem Seana Reinerta i założyliśmy razem zespół w szkole podstawowej. Było to więc wszystkim, czym się zajmowałem. W końcu doszliśmy do punktu, w którym podpisaliśmy kontrakt płytowy i wydaliśmy album. Zacząłem się zastanawiać kim jestem, jaka jest moja tożsamość. A zwłaszcza, kim jestem bez zespołu? Przecież zajmowałem się nim całe dzieciństwo, całe życie, aż do tego momentu. Było więc fajnie oderwać się od tego i zastanowić co dalej.

 Próbowałeś z różną muzyką, zespołami takimi jak Portal, Aeon Spoke. Co sądzisz o nich teraz?

Co sądzę o tych nagraniach? Były w porządku. Portal to taśmy demo. Dwie sesje nagraniowe po pięć utworów, przygotowane w półrocznych dostępach. Jest to dokument procesu artystycznego, tego co wtedy robiliśmy. Aeon Spoke powstał gdy przeniosłem się do Kalifornii. Chciałem nauczyć się pisać proste utwory. Cynic był bardzo skomplikowany. Wyzwaniem było dla mnie pisać prostą, piękną muzykę (śmiech). Było to ekstremalnie trudne, aby powiedzieć więcej, używając skromniejszych środków. Wydaje mi się, że tak jest z każdym rodzajem sztuki. Ludzie nie doceniają grafiki i designu, gdzie coś, co jest bardzo proste, może być, wbrew pozorom, trudne do osiągnięcia. Podobnie jest z pisaniem muzyki. To jest umiejętność, którą trzeba rozwijać. W Aeon Spoke chodziło właśnie o taką dekonstrukcję mojego procesu pisania muzyki. Próbę dotarcia do czegoś czystego, surowego.

 Chcesz zrobić coś więcej z Aeon Spoke?

Sam nie wiem. Mam teraz inny projekt, który utworzyłem z przyjacielem. Nazywa się „House Of Spirits”. To coś trochę jak ambient z folkiem. Muzyka trudna do opisania. Jest też trochę niewydanego materiału Aeon Spoke, który nie został nawet porządnie nagrany. Istnieje w wersjach demo. Kto wie, może coś z tym zrobimy. Czuję, jednak, że nie mam na to czasu. Musiałbym wszystko poświęcić Aeon Spoke, a przecież zajmuję się tyloma różnymi rzeczami.

 Mam kilka pytań personalnych. Wiem, że urodziłeś się w Puerto Rico, potem przeniosłeś się do USA. Czerpiesz z wielu różnych kultur. Jest to dla ciebie inspiracją?

Wychowywałem się w kubańskim domu. Moi rodzice urodzili się na Kubie. Uczyli się już w USA, ale żyli na Kubie aż do przejęcia władzy przez komunistów. Wyjechali w 1959 roku. W kubańskiej muzyce słychać wiele afrykańskich naleciałości. Myślę, że podświadomie mnie to inspirowało. Rytm tej muzyki jest bardzo złożony, bardzo dużo się w nim dzieje. Myślę, że weszło to w moją psychikę gdy byłem dzieckiem. Moja mama mocno interesowała się folkiem i rockiem. Tata był wielbicielem muzyki klasycznej. Ale też inspiracje znajduje się po prostu w życiu. Poza domem rodzinnym, w doświadczeniach ze szkoły, przyjaźni, tego wszystkiego. To moja unikalna podróż (śmiech). Każdy ma swój unikalny zbiór okoliczności, który składa się na to jacy jesteśmy.

 Interesujesz się filozofią Wschodu. O ile wiem, dużo medytujesz. Znajdujesz na to czas podczas tras koncertowych?

Tak, zawsze znajduję na to czas, przynajmniej raz dziennie.

 Czy to forma odreagowania szaleństwa trasy?

Dla mnie to coś, co umożliwia głębszy kontakt z samym sobą. Przynajmniej przez chwilę. Żyję przecież w bardzo intensywnym świecie. Zwłaszcza podczas trasy dociera do mnie mnóstwo informacji, dużo się dzieje. Autobus dzielimy z piętnastoma osobami (śmiech). Medytacja to moment, kiedy mogę być tylko ze sobą. Uspokaja mnie to, sprawia, że jestem bardziej świadomy tego co robię.

 Znalazłem informację, że pracowałeś jako wolontariusz z osobami starszymi i chorymi nieuleczalnie. To ciekawe, możesz opowiedzieć co cię do tego zainspirowało?

Robię to już od dawna. Ostatniego pacjenta miałem wtedy, gdy robiliśmy EP „Carbon-Based Anatomy”. Odszedł krótko przed tym, jak zaczęliśmy nagrywać ten album. Minęło już więc trochę czasu, ale nadal mam kontakt z tą organizacją. Prawdopodobnie po tej trasie wrócę do nich, gdyż będę na miejscu przez jakiś czas. Zaangażowałem się w to dlatego, że chciałem zająć się pracą, która służy ludziom. Pomyślałem, że póki żyję i jestem zdrowy, mogę poświęcić swój czas ludziom, którzy być może nie mają wokół siebie kogoś bliskiego. Często są to osoby, którzy mają przed sobą mniej niż trzy miesiące życia. Czasem to ludzie młodzi. Przeważnie jednak starsi, seniorzy, którzy nie mają żadnej rodziny i umierają samotnie. Chcemy więc, aby czuli się możliwie komfortowo. Czasem to po prostu potrzymanie kogoś za rękę, zagranie na gitarze. Albo siedzenie z kimś w milczeniu. Poza tym sam mam olbrzymi lęk przed śmiercią. Chciałem sobie jakoś z tym poradzić. Chciałem być z tymi ludźmi, którzy robią ten długi skok w nieznane. Bycie świadkiem tego, jest moim własnym sposobem na poradzenie sobie z lękiem. Uświadomienie sobie, że spotka to i mnie (śmiech). W tej motywacji jest więc też samolubna cząstka. Obok chęci bycia pomocnym innym, jestem też ja, próbujący poradzić sobie z własnymi problemami (śmiech). I z wtedy, z jakiegoś powodu, kiedy spędzam czas z kimś, kto umiera, wszystkie moje problemy wydają się bardzo małe. To duży sprawdzian tego, w jakiej rzeczywistości żyjemy.

 Dość niespotykana aktywność jak na muzyka rockowego…

Być może, nie wiem. W każdym razie czuję się dobrze, robiąc coś takiego. To nie jest łatwe, ale daje pewność, że zajmuję się czymś, co jest właściwe.

 Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Igor Waniurski

Foto: Maclyn Bean Photography / Facebook