Dark Echoes: Słowami o dźwiękach

Incredible Expanding Mindfuck, czyli Wilson mniej znany

Łukasz Modrzejewski

Za mniej niż miesiąc na sklepowych półkach zagości drugi solowy album Stevena Wilsona – Grace For Drowning, który on sam określa jako swój „największy dotychczasowy projekt”. Korzystając z tej okazji warto wspomnieć o innym i chyba najmniej znanym projekcie, jakim jest właśnie Incredible Expanding Mindfuck.

Artysta pod tym szyldem wydał kilka, w zasadzie solowych płyt, nagranych w swoim domowym i już dziś legendarnym studiu No-Man’s Land. Jest to chyba jedna z najbardziej enigmatycznych rzeczy, jaką stworzył frontman Porcupine Tree. Nigdy za dużo nie wypowiadał się o muzyce, jaką tworzył pod tą nazwą. W zasadzie chyba jedynego wywiadu związanego z tym muzycznym obliczem udzielił właśnie przy okazji wydanej w ubiegłym roku czteropłytowej antologii. W przeciwieństwie do swoich wczesnych kompozycji (nagranych w początkowym stadium Porcupine Tree czy jeszcze wcześniej – w zespołach Karma i Altamont) Wilson zadowolony jest z tego projektu. Jednakże podkreśla, że nigdy nie chciał, aby I.E.M. było czymś więcej niż mało znanym projektem, taką swoistą ciekawostką w jego, jakże przepastnej i eklektycznej twórczości.

Z założenia projekt ten miał być anonimowy i nikt nie miał wiedzieć, kto się pod nim kryje, ale… takie rzeczy nie na długo pozostają tajemnicą. I.E.M. jest zdecydowanie bardziej eksperymentalne niż dobrze znana grupa Porcupine Tree, i jest prawie całkowicie instrumentalny. Wilson będąc zafascynowany brzmieniem muzyki lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, nurtem krautrocka, a szczególnie takimi zespołami jak Can, Neu!, Faust, czy Popol Vuh oraz kosmicznym space jazzem spod znaku Sun Ra, zdecydował się spróbować swych sił w tym gatunku. Wyszło mu to całkiem dobrze, a jednocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że chciał po prostu złożyć hołd tym artystom.

Gdy ukazała się pierwsza płyta, a był to rok 1996, krautrock jako gatunek był dość popularny, przeżywał, można powiedzieć swoje drugie życie, inspirowało się nim wiele zespołów (Radiohead, Tortoise, ciut potem Coldplay). Wilson w dużym stopniu wychowywany na tej muzyce wpadł na pomysł, aby stworzyć jednorazowy album osadzony właśnie w takim brzmieniu. Pierwsze wydawnictwo zostało wyprodukowane całkowicie przez Wilsona. Wykorzystał loopy perkusyjne, które pozostały z wcześniejszych sesji. Ich autorem jest nie kto inny niż Chris Maitland, ówczesny perkusista Jeżozwierzy. Mając ścieżkę perkusji, podłożył pod nią linię basu, a potem improwizował na gitarze. Następnie na zasadzie overdubbingu dokładał kolejne elementy, m.in. klawiszowe improwizacje. Płyta powstała w dość szybkim czasie. Miało być to wydawnictwo zespołu z lat ’70, jednorazowo wytłoczone na winylu w małym nakładzie (500 sztuk), a potem ślad miał po prostu zniknąć.

Jeśli chodzi o sposób nagrywania, bo ciężko mówić tutaj o komponowaniu, to samo tyczy się późniejszych albumów projektu. Pomiędzy pełnymi albumami w 1999 ukazała się EP’ka zatytułowana An Escalator to Christmas. Jest to dziesięć nowych kompozycji, utrzymanych w klimacie pierwszej płyty, wydanych na dwunastocalowym winylu (500 sztuk, w pięciu różnych kolorach). Jako bonus, na drugiej stronie znalazł się ponownie utwór „Headphone Dust”. Ponownie, gdyż kompozycja znajduje się na pierwszym albumie, ale tylko w wersji kompaktowej.

Drugim pełnowymiarowym i chyba najbardziej zróżnicowanym wydawnictwem I.E.M. jest Arcadia Son, wydana w maju 2001 roku w ilości 500 sztuk (reedycja na CD ukazała się na początku roku 2002). Kompozycje zostały napisane w latach 1999-2000, jednakże poza Wilsonem jest tutaj znacznie więcej gości, m.in. Maitland (pod psuedonimem Jennis Clivack), perkusista Mark Simnett, basista Colin Edwin, i flecitsa Jeff Lee, a sam album jest po prostu wypadkową improwizacji tych czterech artystów.

Jak można przeczytać w wywiadzie, jakiego udzielił Steven Wilson swojego czasu dla „ToneFloat Magazine”, po nagraniu płyty było dużo postprodukcji, miksowania całości. Aczkolwiek nad żadnym z albumów I.E.M. muzyk nie pracował dłużej niż kilka dni. Były to pomysły oparte na akceptowaniu jednych i odrzucaniu drugich, na tej samej zasadzie powstało dużo klasycznego krautrocka. Odnieść można wrażenie, że ta muzyka oscyluje na granicy inspiracji muzyką lat siedemdziesiątych i własnych improwizacji. Na albumie poza muzyką słychać psychodeliczne odgłosy i szepty, śpiew ptaków oraz kobiece szczytowanie. Na końcu Arcadia Son znajduje się ciekawostka – bajka recytowana przez czteroletniego Wilsona, którą na taśmie (prawdopodobnie on sam lub jego niedawno zmarły ojciec) zarejestrował w 1972 roku.
W tym samym roku 2001, we wrześniu, czyli niespełna kilka miesięcy po winylowej premierze Arcadia Son światło dzienne ujrzało trzecie i ostatnie wydawnictwo sygnowane I.E.M. – Have Come For Your Children. Album wydany pierwotnie na CD w ilości 1000 sztuk znacznie różni się od dwóch pierwszych pozycji. Ciekawostką jest też fakt, że było to pierwsze wydawnictwo w wytwórni artysty, nazwanej nomen omen – Headphone Dust.
Album dość nietypowy nawet jak na ten projekt. Sześć niezatytułowanych kompozycji pochodzących z 1999 roku, poddanych studyjnej obróbce. Część utworów została wzbogacona o partie melotronu oraz dulcimera.

I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o dyskografię tego projektu. Artysta w 2005 roku jeszcze na chwilę powrócił do wydania płyty, lecz nie było to nic nowego tylko kompaktowa i nieco okrojona reedycja pierwszej płyty połączona z materiałem z mini-albumu. Latem 2010 roku w holenderskim labelu ToneFloat ukazał się limitowany do 2000 egzemplarzy przepiękny box zawierający wszystkie cztery albumy, a artysta tym samym definitywnie zamknął ten rozdział swojej twórczości.

Bardziej czujne ucho niektóre fragmenty kompozycji I.E.M. rozpozna na płytach Bass Communion czy Porcupine Tree. Zresztą, jeśli chodzi o solowe dokonania artysty to właśnie Bass Communion przejął pałeczkę „projektu wiodącego”. Gdy Wilson odchodził od koncepcji I.E.M. widział w nim więcej pożytku, niż w szaleńczo-eksperymentalnym i robionym w atmosferze żartu I.E.M. Ciężko powiedzieć też jak I.E.M. oddziaływał na inne projekty, tego co tu dużo mówić – niezwykle płodnego artysty. Raczej to inne projekty oddziaływały na niego. Wilson przeniósł do I.E.M. to, co solo robił wcześniej od ponad dekady, jest to kontynuacja tej samej filozofii. Tyle, że tutaj zrobił to, można powiedzieć z większą świadomością. W przeciwieństwie do swoich niektórych wczesnych nagrań, tych wydanych jako I.E.M. nie żałuje i nie sądzi, że „byłoby lepiej gdyby zapadły się pod ziemię”. Bardzo wczesne nagrania Porcupine Tree mają wiele wspólnego z I.E.M. – późniejsze Porcupine Tree, już jako zespół zajęło się bardziej strukturą nagrań, komponowaniem, pisaniem tekstów… W rezultacie Wilson odszedł od korzeni, zaś I.E.M. przejął tę część jego osobowości – ale tylko na jakiś czas….

 

Dyskografia: 1996 – I.E.M. (LP: Chromatic Records/ CD: Delerium Records)
1999 – An Escalator to Christmas EP (LP 12”: Tone Float)
2001 – Arcadia Son (LP: Gates of Dawn / CD: Headphone Dust)
2001 – IEM Have Come For Your Children (CD: Headphone Dust)
2003 – IEM Have Come For Your Children (2xLP: Gates of Dawn)
2005 – I.E.M. : 1996-1999 (CD: Headphone Dust)
2007 – I.E.M. : 1996-1999 (2xLP: Tone Float)
2010 – Complete IEM Box Set (4xCD box: Tone Float)

Artykuł pochodzi z serwisu ArtRock.plIncredible Expanding Mindfuck, czyli Wilson mniej znany